poniedziałek, 24 września 2012

Proste ciasto cytrynowe, czyli przechwałki kulinarne


Kiedy pieczesz jedno ciasto dwa razy pod rząd i za każdym razem nie masz nawet resztek żeby sprawdzić, jak smakuje dzień po upieczeniu, to albo głodzisz swoje towarzystwo przez tydzień i jest im wszystko jedno, co przed nimi postawisz, albo robisz kawał dobrej roboty. Nikogo nie głodziłam. Jestem super w cieście cytrynowym i mogę to sobie nawet wpisać w CV - tak bezwstydnie jestem z siebie dumna.

Sztuka polega na procesie dodawania składników - to klucz do otrzymania tej miękkiej, pełnej konsystencji, która uszczęśliwia mnie bardziej niż zniżka na praliny. Podzielcie składniki na 3 miski - masę jajeczno-cukrową, suche składniki i mleko z wanilią. I dodawajcie do masy jajecznej na zmianę suche składniki i mleko -  i tak kilka razy, bardzo dokładnie mieszając.

Jestem pewna, że to odkrycie to oczywista oczywistość dla bardziej wtajemniczonych, jednak nie mam aspiracji na stanowisko kulinarnego konkwistadora, a jedynie chcę dobrze jeść. Cytryny i ciasto prowadzące do samouwielbienia w moim świecie byłyby podstawą każdego zestawu terapeutycznego.


niedziela, 16 września 2012

Tarta z cukinią i fetą, czyli kiedy mniej znaczy więcej



Za parę miesięcy zmienię adres, a co za tym idzie - kuchnię. Duża, duża zmiana i duży, duży stół, który dołączy do rodziny. Mam jednak ogromny sentyment do obecnego domu, w którym chyba do perfekcji opanowałam technologię gotowania w miniprzestrzeni. Przy tym rodzaju tarty wspięłam się na wyżyny sprytu i uznajmy, że głównie z braku miejsca, a nie z czystego lenistwa.

Otóż, sprawa jest prosta - nie układam ciasta w formie ani nie szykuję śmietanowego nadzienia, rozwałkowuję ciasto od razu na blasze do pieczenia i rozkładam składniki jeden na drugim. Jeśli macie gdzie postawić garnek z cukinią i blachę właśnie - jesteście ustawieni.


niedziela, 5 sierpnia 2012

Placuszki z bobu i sera, czyli o walce z obsesjami żywieniowymi


Cierpię na przypadłość, którą nazywamy w rodzinie "zaklętą pętlą burrito" - nazwa dziwna, ale oczywiście ma mocne podłoże historyczne. Dawno dawno temu, kiedy w Kielcach nie było jeszcze galerii handlowej ani żadnej rzeźby dzika, jeździliśmy czasami do Krakowa zaznać klimatów metropolii. Świat Ikei i precli witaliśmy jednak, szczerze mówiąc, z pewnym znużeniem, które zamieniało się w ekscytację tylko w jednym magicznym miejscu na ulicy Św. Tomasza, niedaleko sklepu ze snowboardami. Znajdowała się tam bowiem pewna restauracja meksykańska, tak ważna dla mojego dalszego rozwoju kulinarnego, że przez dalsze lata po jej zamknięciu wracając do Krakowa odwiedzałam inne meksykańskie knajpy w poszukiwaniu dawnego kucharza/menagera/kogokolwiek, kto mógłby przenieść ze sobą magiczny przepis na Burrito Mojego Życia.

Nie będę dodawać, że wraz ze śmiercią tego miejsca umarło moje przywiązanie do Krakowa, a teraz, lata po tym tragicznym wydarzeniu, z każdą wizytą w innej meksykańskiej knajpie umiera moja nadzieja, że kiedykolwiek zjem burrito choć w połowie tak dobre.

Rozpisałam się, ale historia jest prosta: w tamtej restauracji przez lata, przenigdy nie zamówiłam nic oprócz burrito z czerwoną fasolą. A do dzisiaj zawsze, za każdym razem kiedy jestem w meksykańskiej knajpie, przede mną ląduje burrito. Jestem jego zakładnikiem, a raczej zakładnikiem moich pięknych wspomnień. Nie dają mi one szczęścia, tylko rosnące rozczarowanie i niechęć z każdą wizytą w meksykańskiej knajpie.

Morał? Drogie dzieci, walczcie ze swoimi obsesjami żywieniowymi, które prowadzą tylko do udręki. Pozwólcie sobie pomóc. Róbcie placuszki z bobu.

Skąd one w tej historii? Proste - zaklęta pętla burrito przybiera u mnie czasem różne formy. Obecnie obsesyjnie serwuję sobie sałatkę z tuńczyka i fety do pracy. Jestem w stanie zjeść garnek borówek i uznać, że to jedyny owoc na świecie. A potem albo kończy się sezon na borówki, albo nie mogę patrzeć na tuńczyka. Tak czy inaczej - kolejny ciężar do mojego ciężkiego życia.

Dlatego też odpaliłam sobie aplikację Jamiego Olivera, zobaczyłam coś smażonego z serem, bobem, groszkiem, pozmieniałam co się dało i tadaaaa, powstało coś pysznego, niecodziennego i prostego. Ryzyko, że wkręcę się w placuszki i będę się nimi notorycznie żywić jest duże, ale na szczęście parę osób zna dobrze moje słabości i liczę, że zostanę wyciągnięta z ciągu zanim przez te placki stracę kontakt z rzeczywitością.


niedziela, 29 lipca 2012

Makaron z kremem z kurek, czyli o potędze blogosfery



Nie wyobrażam sobie, żeby kulinarnej blogosferze był ktoś, kto nie zna Kwestii Smaku. Właściwie była to pierwsza ze stron, na jaką trafiłam próbując gotować i pierwsza, na której zaczęłam spędzać więcej czasu niż na, powiedzmy to sobie szczerze, Pudelku. Internet przez lata nie był moim przyjacielem i nie uznawałam, że można znaleźć w sieci coś więcej niż stertę plotek, których nikt nie czyta, ale każdy dobrze zna.

Teraz, kiedy przeglądam kulinarne blogi i portale poświęcone gotowaniu nie mogę wyjść z podziwu, jak wielkim susem przeszliśmy do ery celebracji jedzenia. Nie zagłębiając się nawet w telewizję czy prasę, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w sieci. Jest to już kanał opiniotwórczy także w kategorii kulinarnej, który ma własne prawa, język, gwiazdy, sukcesy i, no cóż, skandale.

To ostatnie widzieliśmy w okoliczności niedawnej promocji książki plagiatującej przepisy polskich blogerów kulinarnych. Słabe? Słabe. Ale szydło wyszło z worka i to, co zostaje, to jeden fakt - mamy niesamowicie dobrych blogerów kulinarnych, którzy tworzą społeczność, do której coraz więcej osób chciałoby dosięgnąć. Ale sorry, do tego trzeba czegoś więcej niż magii klawiszy ctrl-c i crtl-v.

Kiedyś trafiłam na stwierdzenie, że ilość podróbek jest miarą sukcesu. Chodziło chyba o ciuchy. Smutna teoria, która w jakimś stopniu jednak znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie czuję się silnym elementem blogosfery, ale czuję się świadkiem dużych zmian, które koniec końców odbieram jako pozytywne. Kiedy przeglądam Magazyn Smak czy podglądam na fejsiku poczynania Socjalu czy Beirutu, czuję, że sieciowa swoboda wypowiedzi i kreatywność to przecież zmiana na lepsze.

A tych, którzy odważą się plagiatować poczynania zarówno wielkich jak i małych w kulinarnym necie - dopadniemy i już.

Dzisiaj, symbolicznie bardziej, przepis z linka ukochanej Kwestii Smaku. Nie dorastam do pięt i absolutnie mi to nie przeszkadza, jeśli tylko na stronie mogę znaleźć coś tak pysznego.. Przepis znajdziecie tutaj.



niedziela, 10 czerwca 2012

Ciastka orzechowe z konfiturą, czyli nowy faworyt Kaliny


Przeglądanie amerykańskich przepisów bywa frustrujące - trudno mi przekonać się do mierzenia proporcji składników w szklankach. Jednak świat należy do odważnych i spróbowałam przekonać się do tej utopijnej wizji pieczenia, w której szklanka po musztardzie pozwala Ci bezstresowo i spontanicznie przygotować coś pysznego. Żadnych cyferek, żadnego resetowania wagi - sielanka w kuchni i więcej czasu na bujanie się w rytm kuchennego Hitu Dnia. Wolę się nie przyznawać, jakie bity rządziły ostatnio, swoją drogą.

I tak owe ciastka powstały przy użyciu szklanki i łyżeczki. I jest to o tyle fenomenalne, że Kalina - przyjaciółka i doświadczona degustatorka, wyraziła swoje uwielbienie właśnie dla tych prostych tworów, które, w moim odczuciu bardziej zrobiły się same niż spod mojej ręki. Ale zawsze ufam przyjaciołom - skoro są pyszne, to bez skrupułów ogłaszam, że te ciastka są nowymi liderami w naszym lokalnym ciasteczkowym rankingu.




piątek, 8 czerwca 2012

Sałatka grecka, czyli o rosnącym szacunku do warzyw



Poszukiwanie smacznej, bezmięsnej sałatki jest dla mnie trochę jak polowanie na dokumenty w komodzie - frustrujące i w dziewięciu przypadkach na dziesięc - bezowocne. I kończy się jakimś smutnym kompromisem - posypuję taki twór dodatkową porcją czerwonej fasoli, licząc, że być może chociaż moja sylwetka wyniesie z tej sytuacji jakieś korzyści.

Ale ale, święta kościelne i zamknięte sklepy sprowadzają czasami błogosławieństwo w nieoczywistej postaci. W środę zapomniałam kupić tuńczyka i zostałam sam na sam z warzywami. Efekt - sałatka grecka bez mięsa i poczucia klęski!

Dumna jestem niesłychanie i polecam Wam ten przepis jako bazę sałatkową do rozmaitych kombinacji. Kluczem jest dodanie sałaty w ostatnim momencie, aby pozwolić wszystkim składnikom dobrze się połączyć. Ale podejrzewam, że każda osoba czytająca ten post ma większą sałatkową wiedzę niż ja, więc nie będę się zbytnio wymądrzać. Po prostu obczajcie przepis :)


sobota, 21 kwietnia 2012

Batoniki migdałowe z daktylami, czyli dylematy o Imperium Gastronomicznym



Coraz częściej jest mi głupio wobec rodziny, przyjaciół czy ziomali z sąsiednich biurek w pracy z powodu moich rozważań o stworzeniu Imperium Gastronomicznego. Powtarzam się na ten temat bezwstydnie, jednak mogę się wytłumaczyć. Otóż pomruki zadowolenia przy jedzeniu moich potraw plus opinia Rodziców, że powinnam napisać powieść łączą się w coś, co nazwałabym wiarą w swoje możliwości. Gotowanie niezmiennie pozostaje jedną z moich największych przyjemności, a poprawną składnię ćwiczyłam od najmłodszych lat już przy pierwszej powieści autobiograficznej. Fabułę wówczas osadziłam wokół zakupu chomika, teraz piszę niezłe maile, czasami składam czeskie rymy w kartkach świątecznych do Rodziców, no i piszę tego bloga. I też mam z tego ogromną frajdę.

Niestety zdałam sobie sprawę, że frajda nie wystarcza, żebym uwierzyła w siebie na tyle, żeby zrobić coś więcej w kierunku kulinarnym. I mocno z tym walczyłam przez dłuższy czas, przymuszając się do myślenia, że jak nie ruszę tyłka w kierunku radosnej twórczości i autopromocji, to czeka mnie dramat niespełnienia i poczucie zmarnowanej szansy. Ale ale, po to mamy korki w Warszawie, żeby sobie wszystko elegancko poukładać w głowie. 

I tak bez poczucia winy, nie dbając o dużą różnorodność, podaję tutaj kolejny przepis na coś słodkiego, bo akurat takie dania sprawiają mi największą przyjemność. Jest to banalny przepis, bo takie pomysły można po prostu najszybciej zjeść. I z taką postawą jest mi o wiele łatwiej pamiętać, że Imperium Gastronomiczne może nie stworzy się samo, ale nie stworzy się też ze stresu i negatywnych rozkminek. Posłusznie deklaruję zaangażowanym w analizowanie mojego kulinarnego rozwoju, że nie będę się już spinać, a jedynie bezstresowo wkupywać się w Wasze łaski jedzeniem, jak to mam w zwyczaju.

A dla zainteresowanych batonikami - kluczem są migdały i jakiekolwiek kleiste suszone owocki. Daktyle to dobra baza, ale proponuję eksperymenty z dodawaniem do nich śliwek czy moreli. Uznajmy, że jest to niezwykle, niezwykle zdrowe jedzenie, a że przy okazji cudownie słodkie, to tylko efekt uboczny.