niedziela, 24 lipca 2011

Makaron z kurkami i kozim serem, czyli poznajcie moją Siostrę


Nie mam specjalnej puenty dla tego wpisu oprócz najprostszego faktu - bardzo, bardzo się cieszę z odwiedzin Kasi. To zapalona snowboardzistka i blond inżynier, z którą wspólnie układałyśmy choreografie do piosenek, inscenizowałyśmy reklamy (teraz sobie właśnie zdałam sprawę, że może istnieje jednak jakieś powiązanie między moim dzieciństwem a obecnym zawodem), a na wakacjach dopasowywałyśmy plan dnia do powtórek Sailor Moon o 8.30 i do nowego odcinka o 15.00. W międzyczasie siedziałyśmy na huśtawce i doglądałyśmy nasze króliki, które pasły się pod choinką. PS. Kasi króliki zawsze były chętne do współpracy, u mnie geniuszem był tylko Norman.

Do tego obie nie znosimy melonów (chociaż to bardziej rezultat traumy z dzieciństwa niż gustów smakowych), uwielbiamy amerykańskie So You Think You Can Dance i zaczytywałyśmy się w komiksach z Kaczorem Donaldem.

Nie ma konkretnego powodu, dla którego zrobiłam akurat makaron z kurkami na przyjazd Kasi, ale myślę, że dobrym podsumowaniem wpisu będzie poniższe zdjęcie. Poprosiłam o pomoc w oberwaniu bazylii. Kasia po chwili pokazała mi taką instalację, oświadczając "Koza na wczasach".


czwartek, 30 czerwca 2011

Tarta z malinami i mascarpone, czyli jak witać nowy mikser w rodzinie


Żeby powitać nowego Kitchen Aida w rodzinie Kasi i Kornela, podczas ostatniego spotkania przygotowaliśmy Deser na Dwie Dzieże. Polega to mniej więcej na tym - dobierasz dwa desery, z których oba muszą zawierać albo jakiś tłusty krem albo przynajmniej białka do ubicia. I już. Nie ma lepszej wymówki do przygotowania podwójnej porcji słodyczy - po prostu nie można zostawić jednej dzieży w samotności na blacie.

Stanęło na bezie z lodami i właśnie na tarcie z malinami. Na bazie przepisu z Kwestii Smaku stworzyliśmy coś nieprzeciętnie dobrego. To, że mascarpone rządzi wiadomo nie od dziś. Ale spróbujcie dodać do niego odrobinę wody różanej i dajcie znać, czy istnieje lepsza kombinacja. Jak dla mnie na razie nie. Wiem, że woda różana brzmi dość niszowo, ale naprawdę jestem gotowa wskazać każdej jednej osobie, skąd można wziąć takie cudo żeby tylko zachęcić do wypróbowania tej kombinacji.

niedziela, 19 czerwca 2011

Mufin z suszonymi morelami i białą czekoladą, czyli superbohater o wielu twarzach


Misja, dla której te Mufiny zostały przygotowane była z pozoru łatwa - przynosimy zestaw urodzinowych atrybutów, spotykamy się w jednym miejscu i na określony sygnał wyskakujemy zza krzaków. Życie nie jest jednak takie proste - jedyny autobus może postanowić uciec, a krzaki mogą okazać się za rzadkie. Dlatego też w takich okolicznościach należy ograniczać ryzyko do minimum w każdym zakresie działań. Rada weterana - inwestujcie w Mufiny.

Nieważne, w jakim chaosie się pogrążycie, one Was nie zawiodą. To deser stworzony do zadań specjalnych - od deprechy po urodzinowe niespodzianki właśnie. Moja miłość do tego deseru ewoluowała, ponieważ od pierwszej ody na jego cześć zauważyłam, że Mufin ma nie tylko moc uszczęśliwiającą, ale też właśnie ratowniczą. Nie zmieniam zdania - on sprawi, że Wasze dni będą bardziej kaloryczne i radośniejsze. A teraz jeszcze doszłam do wniosku, że on byłby w stanie wyprowadzić Was nawet z największej opresji. Nie ma sensu wchodzić w zasadność takiej tezy, wystarczy mi ślepo uwierzyć i po prostu upiec sobie takiego morelowo-czekoladowego Mufina.


niedziela, 29 maja 2011

Chlebki pitta, czyli o sile dziwnych tradycji


Sezonowo, czyli generalnie w każde święta i podczas rodzinnych wyjazdów, następuje taka chwila, kiedy chlebki pitta stają się największym obiektem pożądania. I to nie przy stole, ale w trakcie rundki gry Memory, mojej ukochanej "pamięciówki" polegającej na zapamiętywaniu i odkrywaniu par obrazków.

Jedna z tych par przedstawia właśnie chlebki pitta i stworzyliśmy z nich obiekt kultu na otarcie łez dla nieszczęśników, którzy próbują ze mną wygrać. Dobrodusznie wtedy pocieszam, przeważnie mojego biednego Tatę, że cóż, przegrał z kretesem, ale przynajmniej ma chlebki pitta w swoim zestawie kartoników i to czyni go swoistym mistrzem. Tak bezwstydnie chwalę się moimi sukcesami, bo praktycznie każdą inną grę przegrywam w mniej lub bardziej poniżający sposób.

Nasza tradycja wokół chlebków pitta jest tym dziwniejsza, że na tych kartonikach, tak zupełnie szczerze, są sfotografowane jakieś zupełnie przypadkowe bułki. Nie pamiętam jak przyszło mi do głowy mianowanie ich chlebkami pitta, ale kto by się tym przejmował, skoro w naszej rodzinie są już marką samą w sobie.

Jednak dopiero niedawno postanowiłam zrobić je samodzielnie - wyszły "bułeczkowe", ale pyszne. Należy im poświęcić trochę uwagi i cierpliwości, ale rzeczywiście, samodzielnie robione pieczywo ma w sobie coś wyjątkowego.


czwartek, 12 maja 2011

Czekoladowa beza Pawłowej z malinami, czyli o sile pretekstu



Szukanie pretekstu do czynów zakazanych jest o wiele łatwiejsze, kiedy masz dookoła siebie ludzi, na których możesz zrzucić odpowiedzialność za swoje niecne zachowanie. Dlatego też znalezienie co najmniej trzech powodów do przygotowania pierwszej bezy Pawłowej było niezwykle proste - ogromne (i dość dla mnie niezrozumiałe do wczoraj) uwielbienie Karoli do ubitych białek, seans You Can Dance z Paulinką i pradawna mantra "jeśli nie teraz to kiedy". To ostatnie może wydawać się naciągane, ale ma głębszy sens - niektórych przyjemności po prostu nie warto odkładać, bo wymarzona okazja może po prostu nigdy nie nadejść. I tak, w niezbyt urokliwych warunkach, jeszcze w lekkim stresie po pracy, udało się stworzyć najbardziej urokliwy deser, który obrócił bieg dnia o 180 stopni.

Beza Pawłowej lubi towarzystwo. Nie zjecie jej samotnie przed telewizorem, choćbyście sami ze sobą założyli się o kawał holenderskiego sera. I właśnie może dlatego stała się dla mnie czymś więcej niż zwykłym deserem - to najprawdziwsza celebracja, a jedyne, czego do niej potrzeba to miksera i osób, które tak samo jak Wy mają ochotę na nieprzyzwoicie hedonistyczny deser i nieprzeciętnie miły wieczór. Nawet kiepskie układy You Can Dance Wam go wtedy nie zepsują.

sobota, 30 kwietnia 2011

Blondie, czyli wsparcie dla poszkodowanych miejską majówką


W ramach odszkodowań wojennych za spędzanie majówki w mieście każdy ma prawo do upieczenia nieprzyzwoicie słodkich ciastek. Zwłaszcza, kiedy przepis pochodzi z nowej książki kucharskiej, która znajduje się akurat pod ręką w największej potrzebie. Bo jest sprawiedliwość na tym świecie - odebrałam paczkę z zapomnianym zamówieniem. Dobrzy ludzie z Kitchen Aida przysłali mi egzemplarz Wielkiej Księgi Przepisów i chociaż zwykle jestem przeciwna jakimkolwiek sponsorowanym książkom kucharskim, tutaj przecież mówimy o Ojcu Mikserów. Nie mogli sobie pozwolić na fuszerkę i dlatego też tuż po odpakowaniu paczki padło na przepis wybrany wedle kryteriów "desery-czekolada-proste". Czyli raczej standardowo.

Nie jestem przekonana do nazwy "blondie", ale nie wpadłam też na żaden lepszy pomysł. Musicie mi więc po prostu uwierzyć, że za tym określeniem kryje się słodziutkie ciasto czekoladowe z lekko chrupiącą skórką, suszoną żurawiną i orzechami. I jeszcze kawałkami czekolady.


niedziela, 17 kwietnia 2011

Ciastka owsiane z suszonymi morelami, czyli o fitnessowych rozterkach


Te ciastka mogą brać udział w mistrzostwach bezkształtności, ale kto by się tym przejmował, kiedy są praktycznie skondensowaną wersją zdrowej owsianki. Przynajmniej tak lubię o nich myśleć. Kolejny raz w ostatnich tygodniach wybrałam pieczenie ciastek zamiast wyjścia na siłownię i jest to dość niepokojące. Nie żeby działały na mnie szlagiery reklamy takie jak "zamień wałeczki na figurę laseczki", ale dla uspokojenia sumienia, czasami warto się pojawić na znajomym eliptyku, przywitać się z obsługą i uznać, że skoro nadal cię poznają, to jeszcze nie jest tak źle.

W każdym razie, nie zamierzam się tłumaczyć z tych ciastek, bo nie mają ani grama czekolady, suszone morelki to samo zdrowie, o płatkach owsianych nie wspominając. Idąc tym tropem praktycznie mogłabym uznać, że pieczenie ciastek jest zdrowsze od siłowni. Ale będę bardzo wdzięczna każdemu, kto przywróci mnie do porządku..