Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śniadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śniadanie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 listopada 2012
Mufiny marchewkowe z kremem cytrynowym, czyli ulubione ciasto w mniej grzesznej wersji
Mufin, jaki jest, każdy widzi, a jego cudowne właściwości opisywałam już nie raz. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że moje ulubione ciasto marchewkowe pewnego dnia po prostu przelałam do foremek.
Nie byłabym też sobą gdybym nie znalazła sposobu na dodanie cytryny, ale z szacunku do ludzi, którzy mają mniej monotematyczne upodobania zaznaczam - jeśli pominiecie sok cytrynowy w kremie, też na pewno będzie dobry, a ja postaram się nie obrazić ;)
Polecam zrobić więcej kremu i trzymać w lodówce na sytuacje kryzysowe - nigdy nie zawodzi. O każdej porze dnia i nocy i chętnie dopasowuje się do zwykłej łyżki, lodów, czy nawet bagietki. To w ramach bardzo dekadenckiego podejścia do śniadania, które każdemu się raz na jakiś czas przecież należy.
Etykiety:
desery,
krem cytrynowy,
marchewka,
mufiny,
śniadanie
niedziela, 21 października 2012
Ciasto z jabłkami od Nigelli, czyli o urokach domowego ciasta
Muszę przyznać, że na dłuższy czas zapomniałam o Nigelli Lawson, zniechęcona jej rozwojem z zakresie twarzowego botoksu i równie przerażających zdjęć jedzenia, publikowanych na jej fejsikowym profilu. Wiemy dobrze, że smarftony służą głównie do przechwalania się zdjęciami jedzenia, ale niektórzy po prostu powinni się powstrzymać. Ale oto pewnego dnia ujrzałam takie coś i zdałam sobie sprawę, że ja, mimo wszystko, jestem jednak wierna.
I tak powitajmy pierwszy z przepisów z książki Nigelissima - wybór trochę przypadkowy (musiałam zużyć jabłka), lecz niezwykle przyjemny w realizacji. Szczerze, to chyba jeden z tych przepisów, gdzie surowe ciasto jest jeszcze lepsze od gotowego.. Sprawdźcie sami, nic mi później nie dolegało.
Zastosowanie idealnie śniadaniowe - wystawiłam sobie do towarzystwa masło i konfitury Babci, popatrzyłam na jesienne liście za oknem i poczułam się jak naprawdę porządna kura domowa, z herbatką w ręku i zapachem cynamonu w tle. I to bez śladu ironii.
Etykiety:
ciasto,
ciasto z jabłkami,
jabłka,
Nigella,
śniadanie
niedziela, 29 stycznia 2012
Owsianka z migdałąmi i żurawiną, czyli coś na dobry początek
Prosta sprawa - jedzenie jogurtu naturalnego na śniadanie kiedyś musi się znudzić, po prostu musi. Podejmowałam próby urozmaicenia wiecznego zestawu o bakalie, konfiturkę z mirabelek, lansiarskie muesli. Myślałam nawet o zakupie nowych miseczek, żeby wpędzić mózg w myślenie, że jogurt nie smakuje tak samo podany w kolorowej zastawie. Na szczęście nie dał się wrobić.
W ostatnim akcie desperacji kupiłam worek płatków owsianych. I nastały lepsze czasy. To cudownie prosta sprawa, która pozwala na dużą kreatywność - teraz jestem w fazie żurawiny, migdałów i bananów, ale któż wie, co przyniesie jutro.
Jeśli macie jakieś własne, proste patenty na urozmaicone sycące śniadanie (mam jeden tylko wymóg - na słodko!), docenię każdą, nawet najdrobniejszą radę. A tymczasem, chwalę się moim odkryciem:
Składniki na 1 porcję:
1/2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych
1 szklanka mleka
szczypta soli
2 łyżki suszonej żurawiny
1 łyżka migdałów
syrop klonowy lub miód
1. W rondelku zalej płatki mlekiem i podgrzewaj na średnim ogniu przez ok 5 minut - aż do utrzymania pożądanej konsystencji.
2. Przelej do miseczki i dodaj ulubione bakalie i gotowe.
Smacznego!
niedziela, 7 sierpnia 2011
Mufiny z mąki razowej z bananem i rodzynkami, czyli efekt domina
Coraz bardziej wierzę w efekt domina i teorię, że jeśli porządnie wprowadzisz jedną zmianę w swoim życiu, to nie możesz liczyć na to, że reszta pozostanie bez zmian. I nie mówię tylko o mojej grzywce i fakcie, że przez nią muszę teraz dokładniej suszyć włosy, a co za tym idzie - wstawać całe 10 minut wcześniej.
Pewnego dnia, w drodze do kina, kupiłam sobie buty do biegania. Następnie dokształciłam się w zakresie wszystkich zagrożeń dla mojego kolana, założyłam dresik i podreptałam w kierunku parku fontann nad Wisłą. Spodobało mi się i nic mi się nie stało. Siłę tego wyznania zrozumieją może tylko bardziej wtajemniczeni, ale podsumowując - zmiana takiego kalibru nie mogła przejść przez moje życie jakby nigdy nic, nie przestawiając niczego po drodze.
Mufiny razowe to oczywiście kolejna odsłona cyklu "jem zdrowo, więc będę piękna i szczupła", ale przede wszystkim jest to jeden z drobnych elementów mojego powrotu do formy - psychicznej i fizycznej. Wracam do kuchni coraz częściej, powklejałam w końcu do zeszytu adresy miejsc, do których zamierzam trafić w najbliższych latach i nawet nie przeklinam zbyt głośno, kiedy grzywka nie chce się ułożyć. I to wszystko bez długiego urlopu. Cud nad Wisłą po prostu.
niedziela, 29 maja 2011
Chlebki pitta, czyli o sile dziwnych tradycji
Sezonowo, czyli generalnie w każde święta i podczas rodzinnych wyjazdów, następuje taka chwila, kiedy chlebki pitta stają się największym obiektem pożądania. I to nie przy stole, ale w trakcie rundki gry Memory, mojej ukochanej "pamięciówki" polegającej na zapamiętywaniu i odkrywaniu par obrazków.
Jedna z tych par przedstawia właśnie chlebki pitta i stworzyliśmy z nich obiekt kultu na otarcie łez dla nieszczęśników, którzy próbują ze mną wygrać. Dobrodusznie wtedy pocieszam, przeważnie mojego biednego Tatę, że cóż, przegrał z kretesem, ale przynajmniej ma chlebki pitta w swoim zestawie kartoników i to czyni go swoistym mistrzem. Tak bezwstydnie chwalę się moimi sukcesami, bo praktycznie każdą inną grę przegrywam w mniej lub bardziej poniżający sposób.
Nasza tradycja wokół chlebków pitta jest tym dziwniejsza, że na tych kartonikach, tak zupełnie szczerze, są sfotografowane jakieś zupełnie przypadkowe bułki. Nie pamiętam jak przyszło mi do głowy mianowanie ich chlebkami pitta, ale kto by się tym przejmował, skoro w naszej rodzinie są już marką samą w sobie.
Jednak dopiero niedawno postanowiłam zrobić je samodzielnie - wyszły "bułeczkowe", ale pyszne. Należy im poświęcić trochę uwagi i cierpliwości, ale rzeczywiście, samodzielnie robione pieczywo ma w sobie coś wyjątkowego.
niedziela, 19 grudnia 2010
Naleśniki z rodzynkami i sosem toffi, czyli o granicach przyzwoitości
Kiedyś wspominałam już o moim uwielbieniu do grzesznych, weekendowych śniadań, ale muszę przyznać, że przy tym przepisie przekroczyłam jakiekolwiek normy żywieniowej poprawności. Uprzedzam więc - to jest śniadaniowy, słodki, uzależniający hardcore.
Naleśniki są dość klasyczne, jeśli nie liczyć dodanych rodzynek. Są bardziej puszyste dzięki dodaniu ubitych białek w ostatniej chwili przed smażeniem, ale prawdziwa jazda zaczyna się przy kremie. Jest niebezpiecznie prosty w przygotowaniu (tak prosty, że można go przygotowywać do wszystkiego... ), a do tego całkowicie zmienia wymiar dość tradycyjnego dania. Jeśli jeszcze wyobrażę sobie, że na wierzch tych naleśników z sosem można położyć gałkę lodów, to już właściwie mogłabym zakończyć pisanie bloga uznając, że nic bardziej hedonistycznego nie wymyślę.
niedziela, 16 maja 2010
Naleśniki z syropem klonowym, czyli o dobrych początkach
Zaczynam wierzyć, że przynajmniej jeden poranek w tygodniu należy poświęcić przygotowaniu niestandardowego śniadania. Nie można przecenić wartości dobrego początku dnia, a naleśniki z syropem klonowym to, jak odkryłam, pewniak w zapewnianiu dobrego nastroju. Trochę bardziej niepokojący jest fakt zamiany siłowni na stos przesłodkich placuszków polanych przesłodkim syropem, jednak kto by chciał zgłębiać takie dylematy na blogu kulinarnym.
W przepisie przeczytałam, że te naleśniki w amerykańskim stylu można jeść także z dodatkiem smażonego bekonu.. Jeśli ktoś jest na tyle odważny, proszę o relację. Według mnie syrop klonowy lub miód wystarczą, żeby uznać z samego rana, że świat jest naprawdę cudownym miejscem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)