Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto kruche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto kruche. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 listopada 2011

Batoniki z kruchego ciasta z cytrynowym kremem, czyli nowicjusz kontra gwiazdy mojej kuchni


Niestety, w kwestii jedzenia zdarza mi się wpadać w rutynę, nawet mimo uwielbienia do eksperymentów w kuchni. Tym sposobem często, zamiast uczyć się nowych rzeczy, mam swój awaryjny zestaw dań, które zawsze z radością spełnią przeznaczone im funkcje. Moja lista gwiazd wygląda mniej więcej tak:
- ukochany obiad: makaron prowansalski
- jestem zen i jem zdrowe owoce: ... to z kremem mascarpone
- jest weekend: pizza
- chcę zaszpanować: beza
- zasłużyłam na nagrodę/ zasłużyłam na pocieszenie/ nie zasłużyłam na nic ale należy mi się coś miłego: brownie

Do tego dochodzi jeszcze niepublikowane smażone haloumi z rukolą i sosem jogurtowym, klasyczne pomidory z mozarellą i kremem balsamicznym i właściwie mogłabym osiąść w tej mojej rzeczywistości... Dopóki najbliżsi (i nowe książki kucharskie, które wyrastają na półkach sklepowych jak grzyby po deszczu - też to zauważacie???) nie sprowadzają mnie do pionu przypominając mi, że nie ma nic przyjemniejszego niż testowanie na nich nowych przepisów.

I tak, żeby przegonić ślady rutyny, ruszyłam w kierunku eksperymentów z kremem cytrynowym. Nie wiem, czy w formie stałej mam prawo nazywać go lemon curd, ale zasada jego powstawania przy tym przepisie jest bliska tej klasycznej półpłynnej wersji, którą tak uwielbiam wyjadać ze słoika.

Polecam też eksperymentowanie z ciastem, które posłużyło za bazę tych batoników - proste w przygotowaniu, możecie na nie nałożyć chociażby Nutellę i jestem pewna, że sprawdzi się równie dobrze.


czwartek, 30 czerwca 2011

Tarta z malinami i mascarpone, czyli jak witać nowy mikser w rodzinie


Żeby powitać nowego Kitchen Aida w rodzinie Kasi i Kornela, podczas ostatniego spotkania przygotowaliśmy Deser na Dwie Dzieże. Polega to mniej więcej na tym - dobierasz dwa desery, z których oba muszą zawierać albo jakiś tłusty krem albo przynajmniej białka do ubicia. I już. Nie ma lepszej wymówki do przygotowania podwójnej porcji słodyczy - po prostu nie można zostawić jednej dzieży w samotności na blacie.

Stanęło na bezie z lodami i właśnie na tarcie z malinami. Na bazie przepisu z Kwestii Smaku stworzyliśmy coś nieprzeciętnie dobrego. To, że mascarpone rządzi wiadomo nie od dziś. Ale spróbujcie dodać do niego odrobinę wody różanej i dajcie znać, czy istnieje lepsza kombinacja. Jak dla mnie na razie nie. Wiem, że woda różana brzmi dość niszowo, ale naprawdę jestem gotowa wskazać każdej jednej osobie, skąd można wziąć takie cudo żeby tylko zachęcić do wypróbowania tej kombinacji.

niedziela, 24 października 2010

Mini tarty z wiśniami w rumie, czyli o prawie dziedziczenia


Kiedy dowiedziałam się przypadkiem, że moja babcia uwielbiała chodzić w niebotycznie wysokich szpilkach i zawsze trzymała takie pod biurkiem w pracy, chciałam a) zapytać się, czy jeszcze ma je w szafie, b) rzucić się jej na szyję. To był ten dziwny moment, kiedy przypominasz sobie, że wcale nie jesteś kompletną indywidualnością, z charakterem ukształtowanym przez twoje mniej lub bardziej właściwe wybory, a raczej kolejną wersją twoich najbliższych, którzy przez lata po cichu kreowali to, kim jesteś.

Powtarzalność i świadomość powielania schematów to dość smutna prawda, jednak zupełnie inaczej podchodzę do tej kwestii jeśli chodzi o rodzinę. Nawet jeśli to naciągana teoria, to jest to zabawne i tak naprawdę cudowne, że mogłam "odziedziczyć" w jakiś kosmiczny sposób uwielbienie do wysokich obcaców po mojej babci. Nigdy bym nie posądzała siebie o tego typu sentymentalizm, jednak jest coś przemiłego w świadomości, że powielam cechy osób, które kocham najbardziej na świecie. 

O ile historia ze szpilkami jest prozaiczna i dość przypadkowa, to z własnej woli i z ogromną determinacją zamierzam udowodnić sobie, że odziedziczyłam po babci też talent do gotowania. Bardziej szczegółowo - do robienia przetworów. A konkretnie, do wiśni w rumie. Mam obsesję na ich punkcie i zaburzony komfort psychiczny za każdym razem, kiedy w komodzie brakuje zapasowego słoika z napisem W/rum.

Czekoladowe mini tarty oficjalnie podaje się ze świeżymi owocami, ale serio, chcecie poczekać z ich przygotowaniem do momentu, kiedy wcześniej wyprodukujecie sobie wiśnie w rumie z przepisu mojej babci.

niedziela, 10 października 2010

Tarta ze śliwkami, czyli zwierzenia meteopatki


Rozmawiając z przeróżnymi ludźmi, w przeróżnych okolicznościach, od dobrych kilku lat przypomina mi się zasłyszana gdzieśtam "złota myśl": należy uciekać od omawiania jakiegokolwiek aspektu pogodowego, tej swoistej "deski ratunkowej" wskazującej, że absolutnie nic ciekawszego nie mamy już do powiedzenia. To oczywiście nie przeszkadza mi omawiać pogody przy każdej możliwej okazji. Jak na prawdziwą Polkę-meteopatkę przystało.

No więc mamy jesień. I jest pięknie. Ale to, co przeżyłam, zamarzając co rano w tramwaju podczas godzinnych dojazdów do pracy, musi zostawić ślady w psychice. Dołączając do tego klasyczną deprechę po powrocie z Paryża, naprawdę trudno było mi zaakceptować to, co dzieje się na dworze. Słońce trochę pomaga, ale serio - kto wierzy, że to potrwa dłużej niż kolejne trzy dni? Mimo wszystko, w oswajaniu rzeczywistości specjalizuję się nie od dziś - kupiłam kapelusz i śliwki. 

Przepis pochodzi z francuskiego ELLE a Table. Postanowiłam posłusznie wykonać wszystko zgodnie z instrukcją i przekonałam się kolejny raz, że warto czasami być posłuszną - to jest prościutkie i szybkie ciasto, które nie musi pojawiać się tylko w swojej sezonowo-śliwkowej postaci. Ale szczerze polecam właśnie ze śliwkami, jeżeli poszukujecie uzasadnienia, po co nam w ogóle taka beznadziejna pora roku jak jesień.

wtorek, 28 września 2010

Quiche z tuńczykiem, czyli o desancie na Paryż



Podobno jak byłam mała, rodzice w celu zachęcenia mnie do chodzenia po górach obiecywali, że w schronisku na szczycie będą Snickersy. Nie pamiętam tego, ale nie mam jak się obronić przy ich radosnych powrotach do tej historii, bo jeśli to prawda, to niewiele się zmieniło. Różnica polega tylko na tym, że teraz nikt nie musi mi obiecywać Snickersa, ja go sobie sama zlokalizuję zanim wyjdę z domu, żeby się upewnić, czy w ogóle warto.

Jutro o tej porze będę w Paryżu. I serio, nie czułabym się nawet w połowie tak szczęśliwa gdyby nie fakt, że na stole leży notes z rozpisanymi adresami sklepów/targów/kawiarni, gdzie podają najlepsze makaroniki/croissanty/bagietki. W przewodniku zaznaczone są tylko kulinarne miejscówki. Nie mogę się doczekać odwiedzin w Le Bon Marche, gdzie jak mówi mój kuzyn Piotrek, chłodzą marchewki ciekłym azotem. A teraz, jeszcze w domu, celebruję Francję na swój sposób od paru dni, zaczynając dzień croissantami, a tutaj - publikując lekko francuski przepis.

Zanim zrobię podejście do makaroników, z kuchni francuskiej najbardziej lubię przygotowywać oczywiście quiche. Pozwalam sobie nadal na moją obsesję na punkcie tart także dlatego, że brakuje mi umiejętności i cierpliwości do kuchni francuskiej przez duże K. Ale tak długo jak moje obsesje pozwalają mi na zachowanie jakiegoś stopnia kreatywności, nie martwię się. A ten quiche z tuńczykiem, mimo znanej już dobrze podstawy z ciasta, naprawdę jest smakowym objawieniem, przynajmniej dla mnie.

niedziela, 19 września 2010

Tarta czekoladowa z konfiturą morelową, czyli o słodko-gorzkiej rzeczywistości



Przez ostatnie miesiące nie raz słyszałam od osób znających mnie osobiście, że ten blog pokazuje rzeczywistość w wersji bezwstydnie hedonistycznej i pogodnej. Niektórzy widzą w tym zaletę, gratulując beztroskiego życia, inni uznają, że przy moim trybie życia jest to wizja mocno odrealniona. Oczywiście, jak zwykle, prawda znajduje się pośrodku. 

Czas, który spędzam w kuchni, jest właściwie odrealnioną wersją codzienności. I tak, jest wtedy beztrosko i pogodnie. Chyba, że mówimy o pierwszych podejściach do ciasta na tartę, ale to inna historia. Do kuchni wchodzę z tysiącem różnych emocji. Ale właśnie w gotowaniu tak cudowny jest fakt, że emocje najbardziej negatywne w kuchni po prostu znikają, ponieważ od momentu wyjęcia mąki z szafki zmieniają się moje priorytety. Myślenie o pracy jest po prostu nieefektywne, kiedy podstawowym problemem staje się kwestia doboru odpowiednich proporcji śmietany do nowego  przepisu.

Rzeczywistość często zawodzi, w przeciwieństwie do czekolady. I nie widzę nic złego w tym, że można do niej uciec w gorszej chwili. Wierzę, że jedzenie jest dobre wtedy, kiedy jego przygotowaniu towarzyszą dobre emocje, więc nie pozwalam sobie na myślenie o czymkolwiek negatywnym w kuchni. Parę razy mi się to zdarzyło i serio, to były momenty spektakularnych wpadek kulinarnych. 

Na szczęście przy tej tarcie zasada pozytywnego podejścia w kuchni się sprawdziła. I niezależnie jak ciężki mógł być dzień, jedna rzecz się nie zmienia - gotowanie jest hołdem dla przyjemności. Jeśli kiedyś pomyślę inaczej, to będzie znak, że najwyższa pora dokładnie zbadać, skąd dowożą najlepsze jedzenie pod mój adres.

czwartek, 13 maja 2010

Tarta pomarańczowo-morelowa, czyli o trudnych związkach



Z ciastem na tartę tworzę trudny związek, ponieważ ewidentnie ja je kocham bardziej niż ono mnie. Może mnie denerwować, frustrować, dołować, ale zawsze do niego wracam, bo wierzę, że nic innego tak bardzo mnie nie uszczęśliwi.

Ale nasze relacje stopniowo się polepszają. Tym razem postanowiłam wziąć je na przeczekanie, czyli zostawiłam w lodówce na jakieś 5 godzin zamiast przepisowych 20 minut. Wyszło ewidentnie oszołomione moją determinacją, ponieważ zechciało łaskawie współpracować na stolnicy i nie dostałam przez nie ataku furii. Ja poznaję jego zwyczaje, a ono moje. Nie znoszę, kiedy ciasto przykleja się do wałka pomimo hurtowej ilości wysypanej mąki. I nie znoszę, kiedy postanawia być tak kruche, że łamie się jeszcze przed wyłożeniem do formy. Przy tym przepisie udało nam się tych rzeczy uniknąć. Będzie coraz lepiej.

Ten przepis tworzy kruche słodkie ciasto, pomarańczowy custard (coś pomiędzy budyniem a sosem) i konfitura morelowa. Ciasto możecie wykorzystać jako bazę pod jakąkolwiek słodką tartę, choćby ze świeżymi owocami lub rozpuszczoną czekoladą. A co do konfitury - wybór należy do Was, ja akurat wybrałam słoiczek moreli w kwaskowym sosie i wydaje mi się, że cokolwiek o ostrzejszym, owocowym smaku będzie świetnie pasować. 

czwartek, 1 kwietnia 2010

Tarta z kurczakiem, czyli czas na zmiany (ale bez przesady)


Faza na tarty trwa, a ta była tak dobra, że zrobiłyśmy ją dwa razy z rzędu. To oznacza, że zrezygnowałam dla niej z mojego cwanego systemu robienia potraw bez powtórek. A to oznacza, że praktycznie dostałam na jej punkcie obsesji, a do tego jeszcze pokochałam pora. I przekonałam się w końcu do połączenia kurczak - ananas.

Oj tak, jedzenie może służyć jako metafora odnajdywania w sobie odwagi do eksperymentów i podejmowania ryzyka. Może przypadek por/ananas nie robi na Was zbyt dużego wrażenia jako przykład przekraczania pewnych granic i rozwoju, jednak myślę, że zawsze trzeba gdzieś zacząć.

Bardzo dziękuję Kornikowi za ten przepis.

czwartek, 4 marca 2010

Tarta z suszonymi pomidorami, czyli o sensie gotowania


Dzień urlopu uczciłam w najlepszy z możliwych sposobów - decydując się na pieczenie eksperymentalne. Musiałam sobie najpierw powtórzyć kilka razy, że jak się nie uda, to nic złego się nie stanie, że nie tracę czasu i że mam prawo po prostu się poobijać, nawet jeśli efekt będzie koszmarny. Potem zaczęłam się martwić, że zmarnuję te pyszne suszone pomidory, ale uznałam, że jakby co, to można je potajemnie wyciagnąć z tarty i zjeść na pocieszenie zanim ktokolwiek zobaczy. Tym sposobem zaczęłam robić tartę na razowym cieście czosnkowym..

Jasne, że miliony osób robiło tego typu danie i gdybym poszukała, znalazłabym niejeden podobny lub o wiele bardziej skuteczny/ambitny przepis, jednak mam jakąś dziką satysfakcję w tym, że podeszłam do tego zupełnie spontanicznie, nie martwiąc się zbytnio proporcjami czy opiniami innych osób. Wiem, że tak naprawdę o to w gotowaniu chodzi, o znajdywanie czystej, niezmąconej niczym przyjemności w samym procesie tworzenia.. No i pieczenie tej tarty polegało właśnie na tym, na przyjemności.

A, no i wyszło świetnie, serio serio.

środa, 13 stycznia 2010

Quiche Lorraine, czyli tarta weekendowa z pancettą i oliwkami


Dość długo szukałam idealnego przepisu na słone półkruche ciasto, które pozwoliłoby mi tworzyć tarty na każdą okazję, z dowolnym nadzieniem, o każdej porze dnia i nocy. Niechęć do pisania magisterki jest tak wielka, że zainspirowała mnie do poświęcenia się całodziennej analizie wszystkich możliwych przepisów na tarty. I o ile rozsądnie byłoby po prostu wykorzystać jeden z nich, dzielnie postanowiłam potraktować to jako misję, i oto jest. Autorska wersja Quiche Lorraine - czyli tarty z jajeczno-serowym nadzieniem, pancettą i oliwkami.