środa, 13 kwietnia 2011

Bezowy tort cytrynowy, czyli o tortowym Świętym Graalu



To jest ten moment, kiedy chwalę się moim dzieckiem - kupiłam Kitchen Aida. Spękałam z kolorem, bo zawiedziona zbyt mlecznym odcieniem "Jagody", poszłam w kremową klasykę. Nie będę wypisywać tu nazw, jakich używam zwracając się do mojego miksera, bo sam fakt, że takowe istnieją jest dość kompromitujący, ale jedno jest pewne - daje mi on dużo, dużo radości.

Nie będę jeszcze zdradzać, do jakich eksperymentów Kitchen Aid posłużył na początku, ale teraz pora pochwalić się pierwszym tortem bezowym przygotowanym z jego udziałem. Jest to kolejna część serii o pamiętnej kolacji - robię mały przeskok, ale do dań głównych jeszcze wrócę.

Kto kiedyś był w "Słodki... Słony..." - warszawskiej cukierni Gesslerowej, powinien kojarzyć te przepiękne bezowe bajzle, które kuszą zwykle obok kasy. Mam lekką obsesję na punkcie tych tortów, zwłaszcza wersji kawowej i wiem, że nie jestem jedyna. Bezowiec kawowy ma idealne zastosowanie w strategii samonagradzania. Jednak teraz, kiedy odkrywam tajniki tego typu ciast, pewnie będę szukać jeszcze bardziej absurdalnych powodów, żeby samodzielnie przygotować sobie taki malutki, skromniutki torcik. Mam jedno niecenzuralne określenie na stan zbytniej dostępności baaardzo grzesznego jedzenia, ale ograniczę się do tego: dobrze, że przynajmniej tracę kalorie kicając z radości, kiedy białka same się ubijają.


czwartek, 7 kwietnia 2011

Sosy musztardowy i jogurtowy, czyli wyjście najłatwiejsze z łatwych


Jeśli mielibyście ochotę odpicować opisane wcześniej frankfurterki w cieście, a słusznie uznajecie, że warzywa do mięsnej uczty nie są konieczne, proponuję mały zestaw sosów. Przez długi czas sosy mnie mocno onieśmielały i wolałam kupować proszkowane gotowce do zalania oliwą z wodą, jednak człowiek uczy się całe życie.

Możecie dowolnie zmieniać proporcje zależnie od preferencji - śmietana zawsze łagodzi smak, miodem możecie podkręcić sos musztardowy, jeśli uznacie go za zbyt ostry. Pełna dowolność i naprawdę duża satysfakcja, że tak małym nakładem sił możecie udawać pełen kulinarny profesjonalizm.


wtorek, 5 kwietnia 2011

Frankfurterki w cieście, czyli o spełnianiu marzeń mięsożerców


Było jedno założenie dla sobotniej kolacji - zakaz korzystania z jakiegokolwiek wcześniej wykorzystanego przepisu. Sprawa o tyle trudna, że zabroniłyśmy gościom przynosić jedzenia, więc w wypadku nieudanego eksperymentu nie było linii obrony. Jednak kielecki upór i bydgoski rozsądek pomogły w przygotowaniu 5 nowych dań, którymi oczywiście zamierzam się chwalić ile wlezie.

Pierwsze na stół wjechały frankfurterki. Nie ma nic prostszego niż parówka w cieście, a jej kielecka wersja z Piekarni pod Telegrafem nie raz uratowała mnie w chwilach skrajnego głodu czy skrajnego smutku (kto spróbował ten zrozumie - zwłaszcza, kiedy mówimy o grzesznej wersji z serem na wierzchu..).

W wersji warszawskiej powstała edycja mini, z własnoręcznie robionym ciastem, które możecie zastąpić gotowym ciastem francuskim przy ataku lenistwa. Jednak ciasto gorąco polecam - z resztek ulepiłam kulki, które wchłonęłam jeszcze przed przyjściem gości. Wyobrażam sobie tą przystawkę w wersji wegetariańskiej, z przeróżnymi sosami i może nawet warzywami. Po prostu na bazie tego prostego przepisu możecie stworzyć sobie przystawkową utopię niskim nakładem czasu i stresu - imprezowy pewniak po prostu.

czwartek, 31 marca 2011

Biscotti nr2 z białą i ciemną czekoladą, czyli o destrukcyjnym wpływie literatury


Jeśli ktoś potrafi czytać książki kucharskie bez nabierania dzikiej chęci do jedzenia, to albo czytając coś zjada, albo kłamie. W trakcie przygotowań do Kolacji Stulecia, stół powoli znika pod natłokiem książek kucharskich, co ma koszmarny wpływ na moją równowagę psychiczną. To jest tak jak z oglądaniem programów podróżniczych, tylko gorzej. Piękni ludzie w pięknych miejscach wywołują u mnie frustrację z kategorii "czemu mnie tam teraz nie ma", jednak podświadomie czuję, że po prostu w danej chwili teleportacja z kanapy na Nową Zelandię na przykład jest zbyt skomplikowana.

Dużo gorzej jest z jedzeniem - oglądając programy kulinarne czy właśnie czytając przepisy pojawia się uczucie "czemu tego teraz nie jem", tylko że tutaj podświadomość nie ma wystarczających właściwości terapeutycznych. Wypad do sklepu jest bardzo realny, a do tego jeszcze można liczyć na pomoc składników w domu. I wtedy, kiedy nie mogę już patrzeć na kolejne zdjęcie ślicznych ciastek/makaronów/owoców, pojawia się problem.

Na dwusetnej stronie kolejnej książki dałam za wygraną i wpadłam do kuchni zrobić biscotti. Przepis Nigelli miał w tytule "breakfast", co pozwalało mi się łudzić, że nie rzucę się na ciastka późnym wieczorem. Niesamowite, jak z wiekiem nie przestaję się oszukiwać.

W każdym razie, są dwa dobre punkty tej historii: biscotti uratowały mnie od deprechy i zrobiłam naprawdę fajne, śniadaniowe ciastka. Przed podaniem zawsze uprzedzam o konieczności maczania w kawie (biscotti z natury mają być twarde), ale widziałam na własne oczy osoby, które je zjadły bez tego i przeżyły. Biscotti w każdej formie po prostu rządzą.


niedziela, 27 marca 2011

Pieczone figi z mascarpone, czyli zabawy wieczorową porą


Do niedawna mój kontakt ze świeżymi figami ograniczał się do epizodu, kiedy to mieszkałam pod chorwackim figowcem na kempingu. Wszyscy się nim zachwycali, ale mnie wówczas najbardziej cieszył fakt, że mogę pod tym drzewem trzymać dmuchany materac i leżeć sobie na nim w cieniu. Byłam młoda i głupia, co tu dużo mówić.

Moje ignoranckie zachowanie postanowiłam odkupić odpowiednim uczczeniem sześciu żywych fig, na które przypadkiem trafiłam w sklepie. W garnku stopiłam masło z cukrem, cynamonem i wodą różaną, wyjęłam mascarpone, a figi wylądowały w piekarniku. Kiedy w mieszkaniu poczułam boski kwiatowy zapach przypomniałam sobie, dlaczego tak uwielbiam robić desery wieczorami. Chodzi o rytuał, który można wytworzyć tylko na koniec dnia, kiedy czuję, że nic nie muszę i zasłużyłam na coś tylko dla siebie. Kiedy postanawiam spędzić wieczór w kuchni nie ma już miejsca na wyrzuty sumienia na myśl o niewykonanych telefonach czy nieodbytych spotkaniach. W tym wypadku chodziło o spontaniczne i proste sprawienie sobie przyjemności i to się, jak to zwykle bywa z udziałem czegoś słodkiego, udało. No i odkupiłam te biedne i zapomniane figi z Chorwacji, mam nadzieję.


poniedziałek, 21 marca 2011

Pizza z sosem śmietanowym, szynką i fetą, czyli o zarządzaniu kryzysowym


Wczorajszy dzień upłynął w dużej mierze w trybie poimprezowym, jednak tego typu sytuacje podbramkowe sprzyjają kreatywności. Pizza sprawdziła się bosko - prosta, nie wymaga wysiłku, idealna na dzień przed telewizorem. Przynajmniej teoretycznie, bo z jednej strony marzyłam o dniu kanapowym od dłuższego czasu, ale chęć na piękną kulkę mozarelli do pizzy wygrała. To ciekawe, że kiedy nawet dzień nie sprzyja jakiejkolwiek aktywności i mięśnie nie są w najlepszym stanie, o wiele łatwiej jest się ruszyć kiedy w perspektywie znajduje się porządna mozarella. 

Ze spaceru po kawałek sera przyniosłam gigantycznego Larousse Gastronomique, ale o tym opowiem przy okazji opisywania patentów na jak najszybsze przepuszczenie pensji. 

Wracając do pizzy - mozarelli nie przyniosłam (ten sklep akurat postanowili zamknąć na niedzielę), została zastąpiona fetą i szynką. Z białym sosem wypadło to świetnie i szczerze mogę polecić go jako bazę do praktycznie każdej pizzy, która zawiera jakieś mięsko lub ostrzejszy ser. Czyli do każdej najsmaczniejszej. Z ciastem poszłam tym razem na łatwiznę, używając mąki do pizzy z suchymi drożdżami, ale mam wypróbowany już jeden przepis, który może być niezłą bazą na ciasto przygotowane w normalnym trybie.

niedziela, 13 marca 2011

Ciasto podwójnie cytrynowe z migdałami, czyli obrzędy ku czci pogody



Mam bardzo mało ambitne wytłumaczenie, dlaczego zrobiłam akurat ciasto cytrynowe - jest żółte. Czyli pozytywne. Jak pogoda w ostatnich dniach. Zazwyczaj pamiętam o prawidłowości, że wspominając o pogodzie: a) stoję w kolejce i ktoś mnie zaczepia, b) nie mam już nic ciekawego do powiedzenia. Jednak w tym wypadku mam na swoją obronę prosty fakt, że bez słońca na dłuższą metę żyje się kiepsko więc kiedy już postanowiło się pojawić, daję sobie prawo do poświęcenia mu więcej uwagi. 

Z powodu niedoświetlenia, zaczęłam już się zastanawiać nad wizytą w solarium i obsesyjnie marzyć o prysznicu z kolorowymi diodami, żeby rano się ożywiać na żółto, a wieczorami uspokajać na niebiesko. To już nie to samo co moje dawne bardzo kompromitujące marzenia o lampie z lawą, ale rozumiecie sytuację - było źle.

Na szczęście poprawa sytuacji nastąpiła automatycznie - nucenie dziarskich piosenek i wypatroszenie ipoda z bardziej depresyjnych kawałków to pierwsze sygnały, teraz przyszła pora na śliczne żółte ciastko i prześwietlone zdjęcia. Jest ono dość podobne do jednego z moich ulubieńców, pomarańczowego ciasta z kaszą manną, przy którym doceniłam dodawanie syropu po pieczeniu. Ten deser nie wymaga kombinowania - po prostu wymieszajcie składniki, a w zamian dostaniecie pyszne, żółte ciasto, którego zjedzenie możecie potraktować jako obowiązek w celu uczczenia pierwszych dni wiosennego słońca. Bierzcie i jedzcie - nie wiadomo, ile będziemy mieli takiego pogodowego farta.