niedziela, 8 sierpnia 2010

Krewetki z fetą i pomidorami, czyli gdzie jest granica rozsądku



Krewetkowych historii ciąg dalszy. Wyznaczanie sobie granic nie jest moją mocną stroną, co udowadniają nie tylko bardziej dramatyczne zakręty życiowe, ale także spis przygotowywanych dań. Jak już okazuje się, że krewetki są super, to po co zatrzymywać się na jednym opakowaniu. Jeśli już piec mufiny, to dlaczego musi to być tylko jedna blacha. A jeśli decyduję się kupić orzeszki piniowe, to po co zatrzymywać się na ilości, która nie zrujnuje mojego budżetu. Ten ostatni przypadek to jedna z bardziej kompromitujących historii ostatnich lat, więc pozwolę sobie ograniczyć ją tylko do prostego, zbiorczego wniosku: nie znam granic. 

Dlatego też obecnie dzielnie wykorzystuję pokłady krewetek, co sprawia mi oczywiście ogromną przyjemność. Idziemy w kierunku równie prostym, jednak tym razem z wykorzystaniem piekarnika. Przepis pochodzi z Kuchni, z sekcji "5 składników", co w porównaniu z resztą magazynu powinno się chyba rozumieć jako sekcję "5, bo nie ogarniesz nic więcej na tym etapie". Ale po pierwsze: nauczyłam się celebrować mój brak fachu, a po drugie: kto by się martwił brakiem wyrafinowania w przepisie, kiedy w tak banalny sposób można się po prostu uszczęśliwić. 

niedziela, 1 sierpnia 2010

Smażone krewetki z makaronem soba, czyli o zmiennych przekonaniach


Nie lubiłam krewetek. Właściwie zawsze patrząc na przepisy z ich udziałem, wizualizowałam najpierw ich czarne oczka, a potem ogonki. Jestem świadoma niekonsekwencji w takim stwierdzeniu, skoro daleko mi do wegetarianizmu. Ale na swoją obronę mam fakt, że nigdy nie widziałam zamrożonej całej krowy, a krewetkę owszem. I to w różnych konfiguracjach.

Ale wystarczy jeden bezstresowy wyjazd nam morze, regularne picie dobrego wina i jakoś problem oczu krewetek przestaje być tak poważny. 

Poszerzanie krewetkowych horyzontów nie jest jednak tak łatwe, jak się spodziewałam. Nagle te dziesiątki przepisów, które widziałam gdzieśtam kiedyśtam są nie do odnalezienia, a rodzajów krewetek jest więcej niż mogłabym kiedykolwiek przypuszczać. Ale nikt nie zamierza się przecież zniechęcać.

Dlatego też przedstawiam Wam przepis krewetkowy nr1. Opcja najprostsza, bo od krewetek wymagała tylko usmażenia się w oliwie z czosnkiem, ale podkręcona makaronem soba (Kerfur, dział Kuchnie Świata) w sezamowej marynacie. Bardzo lekkie, bardzo zdrowe, bardzo smaczne.

piątek, 30 lipca 2010

Borówki z kremem mascarpone, czyli kiedy kontekst ma znaczenie



Z najważniejszych spraw - pracujemy nad książką. Oczywiście im więcej razy przeglądam materiał, tym więcej pojawia się wątpliwości i wzrasta moje poczucie obciachu, ale co tam. Nie po to postanowiłyśmy zrobić więcej miejsca na sprzęty kuchenne wywożąc 90% materiałów uczelnianych, żeby teraz uznać, że nie warto się tym zajmować. Idea była i jest taka sama - pytanie tylko, czy czegoś mi nie będzie brakować, kiedy już misja będzie zakończona..

A wracając do borówek. Pewne osoby uważają, że są najlepsze jedynie w czystej formie. I chociaż mogę na codzień prezentować postawę mocno defensywną, bo taka jestem niefajna, to nie będę tutaj zbyt agresywnie przekonywać do wyższości opcji z kremem.

Po prostu, z mojej strony wygląda to tak: uwielbiam każdy element przygotowania kremu i wszystko, co z nim związane. Uwielbiam to, że kiedy postanawiam go przygotować, oznacza to, że już nigdzie się nie muszę spieszyć. Lekki paradoks, ponieważ jest to naprawdę ekspresowy deser, ale to jest właśnie siła kontekstu. Nie przygotowałabym kremu do pracy i nie podałabym go na hardkorowej imprezie. Krem pojawia się tylko wtedy, kiedy wiem, że nic już nie muszę.

I może borówki w wydaniu solowym są przepyszne, ale to ich bardziej dekadenckie wydanie tworzy dla mnie atmosferę, w której czuję się najlepiej. Są różne formy porypania, a ja między innymi mam swoje potrawy, które niezmiennie towarzyszą konkretnym stanom emocjonalnym. Po prostu.


środa, 14 lipca 2010

Makaron z truflami i parmezanem, czyli o aspiracjach życiowych


Pisanie bloga mając tytuł naukowy różni się tym, że nareszcie nie czuję tego koszmarnego wyrzutu sumienia z powodu spędzania czasu na przyjemnościach. Te wakacje też były inne od poprzednich - nie da się przecenić uczucia braku obowiązków. "Nic nie musimy", powtarzaliśmy sobie przy każdej zmianie decyzji, kiedy to wybieraliśmy kolejną filiżankę espresso ponad krajoznawcze spacery.

Przeraża mnie fakt, że tak wiele z tego wyjazdu pewnie mi umknie z czasem. Jednak jeśli chodzi o smaki - jestem spokojna. Tego nie zapominam nigdy i praktycznie, gdyby tak ostro zredukować moje aspiracje życiowe, to możnaby je ograniczyć do takiej myśli - chcę móc podróżować i odnajdywać te wszystkie zbierane egzotyczne adresy sklepów z limoncello z Amalfi czy z najlepszymi macarons z Paryża.

Mówiąc o smakach, Istrię zamknęłabym w butelce oliwy truflowej. Mogę wyobrazić sobie skrzywioną minę mojej mamy na to wyznanie, jednak nie pozwolę sobie wmówić, że zapach trufli jest odstraszający. Jest ziemny, głęboki, intensywny. Dodajcie do niego owczy ser, którego rodzajów spróbowałam chyba z dziesięć ostatnio, a uzyskacie coś niesamowicie prostego, a zarazem nieprzyzwoicie wykwintnego. To nie jest typowy przepis, jest o wiele za prosty nawet na moje standardy. Wystarczy truflowa oliwa i twardy ser, na przykład parmezan. Na wakacjach dostałam jeszcze trufle w oliwie, które dodawaliśmy do naszej wersji dania, jednak to jest już tylko kwestia jak bardzo chcecie uprzyjemnić sobie życie i ile chcecie na to wydać ;)

Smacznego!




wtorek, 22 czerwca 2010

Ślimaczki z ciasta francuskiego z pesto, czyli o teorii względności



Kiedy dojazd z pracy do domu w cudowny sposób zajął mi 30 minut zamiast przepisowej godziny, nagle poczułam, że właściwie dzień się dopiero dla mnie zaczyna, że świat jest piękny i że mogę zrealizować całą listę rzeczy, na które wcześniej nie miałam czasu. Niesamowite, jak relatywne jest pojęcie czasu. Prawda jest taka, że te ugrane pół godziny straciłam już na starcie mojego popołudniowego, dziarskiego trybu życia - wyszłam później z pracy..

Ale nawet jeśli mocno odjeżdżam w moim optymiźmie od faktów, jedna rzecz nie ulega zmianie - miałam energię, żeby wejść do kuchni i poeksperymentować z ciastem francuskim. Eksperyment niezmiernie udany, a do tego zajął mi max 15 minut. I dalej mogłam myśleć, że mój wieczór jest cudownie długi i spokojny. Zainspirowałam się przepisem z Kuchni, jednak postanowiłam go na swój sposób usprawnić: dodałam do pesto serek śmietankowy, żeby złagodzić smak i ominęłam świeżą rukolę. 

Teraz widzę, że ten przepis to punkt wyjścia do całej gamy możliwości, z których każda jest praktycznie niezawodna. Przynajmniej w mojej głowie :)

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Stir-fry z kurczakiem i fasolą, czyli obiadowy ideał



Moja miłość do fasoli nie jest chyba wystarczająco widoczna na tym blogu, ponieważ większość przepisów z jej udziałem ogranicza się niestety do wrzucania jej do każdej możliwej sałatki i na każdy rodzaj pizzy. Niestety wśród najbliższych jestem dość osamotniona w tej kwestii, stąd tym większa radość, kiedy jednym z przygotowanych przez Karolcię dań jest coś tak idealnie pasującego do mojego obiadowego gustu.

Fasola zastępuje tutaj makaron i zastanawiam się już, w ilu przepisach mogłabym wykorzystać ten patent. Z mojego punktu widzenia ta potrawa nie wymaga polecenia, jednak tym, którzy nie czczą fasoli w podobnym stopniu, gwarantuję: i zdrowe, i pyszne.

sobota, 5 czerwca 2010

Brownie nr3, czyli kiedy słowo light brzmi jak dowcip

 

Zawsze jest okazja do kultywowania obsesji na brownie. Czy to deprecha, czy to finał YCD, pewne rzeczy są niezmienne: obecność dwóch tabliczek czekolady w Komodzie to podstawa, by świat stał się lepszym miejscem. Właśnie, zauważcie, że przy tym przepisie dwukrotnie ograniczyłyśmy ilość czekolady, dlatego pozwalam sobie nazywać to brownie dietetycznym. Do tego ma orzechy, czyli jest zdrowe i dobrze wpływa na koncentrację. 

Wiem, że posiadam już dość długą historię przepisów dietetycznych tylko z nazwy, ale w inny sposób brownie działać nie może. Albo cieszymy się niezmiernie, że je jemy, albo patrzymy na nie pożądliwym wzrokiem i przeliczamy na wrzucone do niego łyżki masła.

A tak poza tym, gdyby ktoś się zastanawiał, to nasz plan zdrowego żywienia poszedł się gonić. Ale oczywiście wracamy do niego dzielnie. Znowu ;)