niedziela, 2 stycznia 2011

Pizza z fetą i suszonymi pomidorami, czyli jak zmieniałam zdanie


Nowy rok zaczynam od retrospekcji jednego z sąsiedzkich spotkań, z którego pochodzi także crème brûlée. Przygotowanie pizzy po raz pierwszy w życiu mogłabym w pewnym stopniu potraktować jako metafora moich przejść w 2010 roku. Przed wieloma z nich (i przed domową pizzą, oczywiście) broniłam się rękami i nogami. Nie wszystko wyszło tak, jak planowałam. Ale efekt końcowy był lepszy i bardziej wyjątkowy niż kiedykolwiek mogłabym sobie wyobrazić. Sprowadzanie podsumowania minionego roku do jedzenia może nie jest zbyt ambitne, ale przekaz jest prosty - nigdy nie mów nigdy.

Do niedawna broniłam świętości pizzy restauracyjnej. Uznawałam, że pizzy samodzielnie po prostu robić nie warto, bo nie osiągnie się nigdy zadowalającego poziomu przy jednoczesnym zachowaniu spokoju i energii. Ale człowiek uczy się przez całe życie. Do domowej pizzy poprowadziła mnie desperacja. Musiałyśmy z Karolą przygotować coś typowego dla kraju, z którego pochodzi kupione przez nas wino. To był wymóg tego spotkania i serio, nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciężko z moją kreatywnością. Walcząc z czasem, wygrała pizza, bo uznałyśmy, że psując to danie (przy jednoczesnym ogromnym ryzyku związanym z crème brûlée), najłatwiej będzie je uratować zamawiając jej odpowiednik w Pizza Hut.

No i stało się. Pokochałam domowe robienie pizzy. Za nieskończone możliwości w dobieraniu składników. Za jej prostotę. I za to, że mam przed sobą jeszcze dużo pracy w rozwijaniu mojej pozytywnej relacji z drożdżami. Nie ma to jak porządne wyzwanie na 2011.


niedziela, 19 grudnia 2010

Naleśniki z rodzynkami i sosem toffi, czyli o granicach przyzwoitości


Kiedyś wspominałam już o moim uwielbieniu do grzesznych, weekendowych śniadań, ale muszę przyznać, że przy tym przepisie przekroczyłam jakiekolwiek normy żywieniowej poprawności. Uprzedzam więc - to jest śniadaniowy, słodki, uzależniający hardcore.

Naleśniki są dość klasyczne, jeśli nie liczyć dodanych rodzynek. Są bardziej puszyste dzięki dodaniu ubitych białek w ostatniej chwili przed smażeniem, ale prawdziwa jazda zaczyna się przy kremie. Jest niebezpiecznie prosty w przygotowaniu (tak prosty, że można go przygotowywać do wszystkiego... ), a do tego całkowicie zmienia wymiar dość tradycyjnego dania. Jeśli jeszcze wyobrażę sobie, że na wierzch tych naleśników z sosem można położyć gałkę lodów, to już właściwie mogłabym zakończyć pisanie bloga uznając, że nic bardziej hedonistycznego nie wymyślę.


piątek, 17 grudnia 2010

Ciasto kakaowe ze świątecznymi bakaliami, czyli historie urodzinowe


Jestem koszmarnym obiektem do zaskakiwania. Wyciągania informacji o niespodziankach uczyłam się od lat, a do dziś pamiętam pierwszy chyba sukces, kiedy to dostałam kucyka Pony (różowy, z tęczą na tyłku) w niedzielę na obiedzie u dziadków, jakiś tydzień przed urodzinami. Piątymi lub szóstymi, lubiłam kucyki Pony w okresie moralnie poprawnym, tak do Waszej wiadomości.

Dlatego też te urodziny pozostaną niezapomniane przez długi, długi czas. Przy moim wątpliwym talencie do psucia niespodzianek, tym razem nie spodziewałam się niczego, co wydarzyło się tamtego dnia. Chyba nie umiem opisać, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim osobom, które tego dnia dały mi tak dużo radości. Mam nadzieję, że wtajemniczeni to po prostu wiedzą.

Wobec wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, ciasto urodzinowe przyniesione do pracy to bardzo niewielki dowód wdzięczności. Jest mi tym bardziej głupio, że wybierając je kierowałam się egoistycznym podejściem z kategorii "jakie składniki wrzucone do ciasta będą ładniej pachnieć w piekarniku". O tej porze można już bezkarnie używać wszystkich typowo świątecznych przypraw, przynajmniej w moim świecie, więc zaszalałam z suszonymi śliwkami, żurawiną, skórką pomarańczową i migdałami. To nie jest ciasto dla minimalistów. Ani abstynentów. Obfitość aromatów w tym cieście jest dla mnie dość nietypowa, bo zwykle ograniczam się do prostszych rozwiązań, jednak to, co mnie urzekło w tym przepisie to jeden prosty schemat - wrzucasz do garnka i czekasz. I mieszasz..


czwartek, 9 grudnia 2010

Pralinki bakaliowe, czyli o tym, jak trudno mieszkać koło sklepu z luksusowym jedzeniem


Kiedy kolejny raz pogrążam się finansowo w nowootwartym Piotrze i Pawle koło domu, zastanawiam się czasami, czy gotowanie nie jest kolejną manifestacją mojego talentu do komplikowania sobie życia. Po pierwsze - łatwiej było pilnować budżetu, kiedy pobyt w hipermarketach traktowałam jak survival.   Po drugie - przy takiej ilości gotowych, kuszących dań zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam ochoty zaopatrzyć się w zagraniczne sosy w bajeranckich torebeczkach, gotowe pasty do kanapek i pralinki wszelkiego rodzaju. I skończyć z sajgonem w kuchni, przyjmując pozę wylegującej się na kanapie mimozy, która podejmuje największy wysiłek ustawiając te pralinki na stylowym talerzyku.

To by było jednak za proste. Zwłaszcza, że kiedy zdarza mi się wrócić do domu z jakimś gotowcem, czuję się jak zdrajczyni wobec całej kolekcji książek kucharskich, dla których wyczyściłam regały tuż po skończeniu studiów. A żaden szanujący się iberysta nie wywozi na podkielecką wieś Historii Portugalii Antonio Henrique de Oliveira Marquesa pod byle pretekstem. 

Dlatego też obiecuję sobie, że jeśli mam jeść słodycze, to te własnego autorstwa - niezależnie od tego, w jak pięknych opakowaniach są te w sklepie za rogiem. Ale żeby trzymać się tego postanowienia, muszę szukać rozwiązań szybkich, łatwych i przyjemnych. Tak oto poznajcie jedno z największych oszustw tego bloga - pralinki bakaliowe.

To jeden z tych deserów, dla których kolejność działań trudno mi nazwać przepisem. Potrzebujecie czekolady i ulubionych bakalii - orzechów, żurawiny, rodzynek. I już. Topicie czekoladę w kąpieli wodnej i kiedy jest płynna, wrzucacie do niej bakalie. Po wymieszaniu, łyżką wyciągacie niewielkie porcje i umieszczacie do zastygnięcia na pergaminie. Możecie podkręcić smak odrobiną alkoholu lub ekstraktem - to naprawdę zależy od Was.

Bawcie się dobrze przy kombinowaniu, jakiego pretekstu potrzebujecie, żeby przygotować takie pralinki  jak najszybciej, serio.

czwartek, 25 listopada 2010

Crème brûlée, czyli o sile detalu



Są Kielczanie, jest impreza. Na ostatnim z naszych sąsiedzkich spotkań realizowaliśmy koncepcję: każdy wybiera wino z danego kraju i dobiera do niego danie. Długo kombinowałam, co wybrać i w efekcie skończyłam na Francji. Na deserze. Surprise surprise. 

Ale konkretny wybór nie był przypadkowy. Crème brûlée poznałam oglądając po raz pierwszy Amelię. Zakochałam się wtedy w tym filmie i we wszystkim, co z nim związane. Nieważne co działo się po drodze, ale przez te wszystkie lata pozostałam bezkrytyczna zarówno wobec Amelii jak i wobec samego crème brûlée.

Przypomniałam sobie, że właśnie ten deser był moim pierwszym kulinarnym Świętym Graalem. Miałam do niego jedno podejście, jeszcze w Kielcach, z pomocą mojej mamy, ale nie było zbyt wiele uroku w kremie podanym w dużej misce, z cukrem przypieczonym w piekarniku, a nie lekko zarumienionym tym szpanerskim palnikiem.

Bo w tym deserze chodzi o kontekst. Jasne, że jest przepyszny, ale według mnie jego siła leży gdzie indziej. Sam fakt, że jest to tak proste połączenie (śmietana z jajkami i cukrem..) narzuca pytanie - ale o co chodzi? Otóż chodzi o tą skorupkę ze skarmelizowanego cukru właśnie. O te śliczne małe naczynka, które idealnie mieszczą się w dłoni. I o ten dźwięk, kiedy ten cukier rozbijasz - to, co filmowa Amelia lubi najbardziej. I w zupełności ją rozumiem.


sobota, 13 listopada 2010

Opowieść o makaronikach, czyli definicja kulinarnego PRu



Nie chciałabym mojego uwielbienia do makaroników nazywać obsesją, bo to by oznaczało, że przestaję być racjonalna w tej kwestii. Ale dzisiaj, przy najgorszej możliwej pogodzie, wylądowałam w Batidzie, chociaż wcześniej racjonalnie obiecałam sobie, że nie poddam się PRowskiej akcji na rzecz makaroników, jaka rozegrała się ostatnio.

Po pierwsze - to nie są "pierwsze macarons w Warszawie". Zdążyłam już się nimi najeść jako studentka kiedy Vincent, francuska, nienormalnie grzeszna piekarnia, nie był jeszcze lanserskim centrum wszechświata. Ze względu na cenę traktowałam je jako nagrodę za jakieś osiągnięcia, jednak szybko wystarczyło mi osiągnięcie w stylu "wstałam rano i nie nadziałam się stopą na krzesło", żeby wylądować w piekarni.

Potem było St. Honore, jeszcze bliżej kampusu. Ale na szczęście ich makaroniki nie mogły konkurować z Vincentem - były zbyt słodkie, krem nie był odpowiednio lekki i ogólnie uznałam, że pozostanę w monogamicznym związku z Vincentem na zawsze.

Potem był Paryż i już nic nie było takie samo. Zdradziłam Vincenta nie raz, nie dwa. Zostałam tak bezwględnie zepsuta przez Laduree i Pierre'a Herme, że nie już widzę dla siebie szansy traktowania lokalnych makaroników z należytym szacunkiem. To jest ten koszmarny syndrom, kiedy udaje Wam się poznać coś tak idealnego, że później wszystko inne wydaje się gorsze i po prostu nie na miejscu. 

Ale i tak z nadzieją weszłam do Batidy. Szczerze, to nie byłam w stanie uwierzyć, że dogonią makaroniki paryskie i nie wymagałam tego od nich. Ale liczyłam na przyzwoitość, a w zamian dostałam twardą, kolorową bezę. Chciałabym przyznać, że moje zepsucie nie pozwala mi tej bezy docenić, ale to jest bardziej złożony problem. Nie robi się PRu bezie. Nawet kolorowej i okrąglutkiej. Jeśli jest ona czymś więcej niż ubitym słodkim białkiem, ludzie się o tym dowiedzą sami, serio. I powiedzą innym. Jeśli jest obawa, że beza się nie sprzeda, wtedy nazywa się ją le macaron i lansuje na prawo i lewo. Resztę mojej opinii możecie sobie dopowiedzieć.

Ten wpis dedykuję wszystkim osobom, które kiedyś pytały mnie o zdanie na temat makaroników. Nie chcę więcej się nakręcać, więc pozwoliłam sobie na refleksję w miejscu, które docelowo służy do spisywania moich wywodów o jedzeniu. W realu chciałabym wierzyć, że równe zaangażowanie mogę w sobie obudzić na bardziej ambitne tematy, więc udajmy wszyscy, że makaroniki nie są dla mnie jednym z najbardziej interesujących tematów na świecie.

Posted by Picasa

czwartek, 4 listopada 2010

Czekoladowe trufle z likierem Baileys, czyli powrót do korzeni




Rok temu opublikowałam tutaj pierwszy wpis, na trufle właśnie. Sajgon, jaki wywołałam tą produkcją za pierwszym razem, był motywem przewodnim dla tytułu tego bloga. 

Teraz historia zatacza koło - Paulinka, dla której były pierwsze trufle, obchodziła w poniedziałek kolejne urodziny. Może to brak kreatywności, a może kulinarny sentymentalizm, jednak nie miałam wątpliwości co do wyboru tegorocznego prezentu. 

Ale praktycznie na tym podobieństwa się kończą. Kuchnia tym razem nie pogrążyła się w chaosie. Rok temu transmitowałam mojej siostrze na Skypie cały proces, co było po prostu wizualizacją mojej dzikiej walki z żywiołem, jakim jest kakao. Tym razem myślę, że Kasia oglądając moje przygotowania nudziłaby się jak mops. Było spokojnie i sielankowo. Faktem jest, że potrzebowałam praktycznie dnia na przygotowanie. Ale było coś niezwykle uspokajającego w tej rutynie zmuszającej mnie do przekładania, przelewania i formowania czekolady co kilka godzin.

Rok temu pisałam o atakach histerii i radości, jakie towarzyszą mojej truflowej działalności. Starzeję się albo dojrzewam, wszystko jedno, ale teraz przy truflach mogę napisać jedno - cudowniejszej czekoladowej terapii wyobrazić sobie nie mogłam. I to nie tylko dlatego, że towarzyszył mi pyszny, pyszny Baileys.

Paulinko, dziękuję, że pozwalasz obdarowywać się truflami :*