niedziela, 31 października 2010

Makaron z pieczarkami w oliwie cytrynowej, czyli o trybie gotowania jednoosobowego



Chyba tak naprawdę nie przepadam za gotowaniem tylko dla siebie. Niby zmieniają się głównie proporcje składników, niby wykonuję te same czynności, ale wszystko staje się bardziej mechaniczne. I tu nie chodzi o poszukiwanie widowni. Po prostu bez ludzi dookoła, bez ich reakcji, rozmów czy  też bez chaosu, jaki czasami wywołują, znika ogromny czynnik, dla którego tak kocham gotowanie. Jedzenie zbliża ludzi. A kiedy jestem sama, mogę tylko bardziej zbliżyć się do wyższych poziomów bezmyślnego obżarstwa.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała umilić sobie każdej możliwej czynności i wycisnąć z niej każdego pozytywnego akcentu. Ten obiad przygotowałam robiąc wszystkie rzeczy, na które bym sobie w towarzystwie nie pozwoliła. Włączyłam muzykę nieprzyzwoicie głośno. Śpiewałam. Przemieszczałam się po kuchni ślizgając się w skarpetkach po posadzce, a naczynia zmyłam dopiero jakieś dwie godziny później.

Było naprawdę fajnie. I nawet obiad, mimo że w towarzystwie książki, smakował mi bardzo. I wytarłam resztki oliwy z talerza kawałkiem pszennego (!) chleba. Ha.

niedziela, 24 października 2010

Mini tarty z wiśniami w rumie, czyli o prawie dziedziczenia


Kiedy dowiedziałam się przypadkiem, że moja babcia uwielbiała chodzić w niebotycznie wysokich szpilkach i zawsze trzymała takie pod biurkiem w pracy, chciałam a) zapytać się, czy jeszcze ma je w szafie, b) rzucić się jej na szyję. To był ten dziwny moment, kiedy przypominasz sobie, że wcale nie jesteś kompletną indywidualnością, z charakterem ukształtowanym przez twoje mniej lub bardziej właściwe wybory, a raczej kolejną wersją twoich najbliższych, którzy przez lata po cichu kreowali to, kim jesteś.

Powtarzalność i świadomość powielania schematów to dość smutna prawda, jednak zupełnie inaczej podchodzę do tej kwestii jeśli chodzi o rodzinę. Nawet jeśli to naciągana teoria, to jest to zabawne i tak naprawdę cudowne, że mogłam "odziedziczyć" w jakiś kosmiczny sposób uwielbienie do wysokich obcaców po mojej babci. Nigdy bym nie posądzała siebie o tego typu sentymentalizm, jednak jest coś przemiłego w świadomości, że powielam cechy osób, które kocham najbardziej na świecie. 

O ile historia ze szpilkami jest prozaiczna i dość przypadkowa, to z własnej woli i z ogromną determinacją zamierzam udowodnić sobie, że odziedziczyłam po babci też talent do gotowania. Bardziej szczegółowo - do robienia przetworów. A konkretnie, do wiśni w rumie. Mam obsesję na ich punkcie i zaburzony komfort psychiczny za każdym razem, kiedy w komodzie brakuje zapasowego słoika z napisem W/rum.

Czekoladowe mini tarty oficjalnie podaje się ze świeżymi owocami, ale serio, chcecie poczekać z ich przygotowaniem do momentu, kiedy wcześniej wyprodukujecie sobie wiśnie w rumie z przepisu mojej babci.

niedziela, 17 października 2010

Fussili z czosnkowym boczkiem, czyli esencja słowa "ekspres"



To danie spełniało już różne role: ratunku w sytuacji skrajnego głodu, obiadu powitalnego dla Taty, obiadu pożegnalnego dla diety, czy też pocieszacza dla przyjaciół. Wszystkie przypadki, w których sięgałam po boczek z zamrażarki łączy jedno: potrzebowałam czegoś szybkiego i dekadenckiego.

To, że rozsądek rzadko pozwala mi na wykorzystanie sera, boczku i oliwy w jednym naczyniu, nie oznacza, że uciekam od takiego połączenia. Wręcz przeciwnie - kiedy wracam do tej potrawy, mam wrażenie, jakbym cały czas z utęsknieniem na nią czekała, odliczając dni do momentu, kiedy znajdę kolejny pretekst do jej przygotowania.

Jednocześnie to jeden z najlepszych dowodów, że naprawdę nie zawsze jakość dania wzrasta wprost proporcjonalnie do poświęconego mu czasu. Oczywiście możecie ten przepis wykorzystać jako bazowy do wyjątkowych i wyszukanych dań (i bez wątpienia uzyskacie rewelacyjne efekty), jednak w tym przypadku ja trzymam się mojej mantry - proste rozwiązania są najlepsze.

niedziela, 10 października 2010

Tarta ze śliwkami, czyli zwierzenia meteopatki


Rozmawiając z przeróżnymi ludźmi, w przeróżnych okolicznościach, od dobrych kilku lat przypomina mi się zasłyszana gdzieśtam "złota myśl": należy uciekać od omawiania jakiegokolwiek aspektu pogodowego, tej swoistej "deski ratunkowej" wskazującej, że absolutnie nic ciekawszego nie mamy już do powiedzenia. To oczywiście nie przeszkadza mi omawiać pogody przy każdej możliwej okazji. Jak na prawdziwą Polkę-meteopatkę przystało.

No więc mamy jesień. I jest pięknie. Ale to, co przeżyłam, zamarzając co rano w tramwaju podczas godzinnych dojazdów do pracy, musi zostawić ślady w psychice. Dołączając do tego klasyczną deprechę po powrocie z Paryża, naprawdę trudno było mi zaakceptować to, co dzieje się na dworze. Słońce trochę pomaga, ale serio - kto wierzy, że to potrwa dłużej niż kolejne trzy dni? Mimo wszystko, w oswajaniu rzeczywistości specjalizuję się nie od dziś - kupiłam kapelusz i śliwki. 

Przepis pochodzi z francuskiego ELLE a Table. Postanowiłam posłusznie wykonać wszystko zgodnie z instrukcją i przekonałam się kolejny raz, że warto czasami być posłuszną - to jest prościutkie i szybkie ciasto, które nie musi pojawiać się tylko w swojej sezonowo-śliwkowej postaci. Ale szczerze polecam właśnie ze śliwkami, jeżeli poszukujecie uzasadnienia, po co nam w ogóle taka beznadziejna pora roku jak jesień.

wtorek, 28 września 2010

Quiche z tuńczykiem, czyli o desancie na Paryż



Podobno jak byłam mała, rodzice w celu zachęcenia mnie do chodzenia po górach obiecywali, że w schronisku na szczycie będą Snickersy. Nie pamiętam tego, ale nie mam jak się obronić przy ich radosnych powrotach do tej historii, bo jeśli to prawda, to niewiele się zmieniło. Różnica polega tylko na tym, że teraz nikt nie musi mi obiecywać Snickersa, ja go sobie sama zlokalizuję zanim wyjdę z domu, żeby się upewnić, czy w ogóle warto.

Jutro o tej porze będę w Paryżu. I serio, nie czułabym się nawet w połowie tak szczęśliwa gdyby nie fakt, że na stole leży notes z rozpisanymi adresami sklepów/targów/kawiarni, gdzie podają najlepsze makaroniki/croissanty/bagietki. W przewodniku zaznaczone są tylko kulinarne miejscówki. Nie mogę się doczekać odwiedzin w Le Bon Marche, gdzie jak mówi mój kuzyn Piotrek, chłodzą marchewki ciekłym azotem. A teraz, jeszcze w domu, celebruję Francję na swój sposób od paru dni, zaczynając dzień croissantami, a tutaj - publikując lekko francuski przepis.

Zanim zrobię podejście do makaroników, z kuchni francuskiej najbardziej lubię przygotowywać oczywiście quiche. Pozwalam sobie nadal na moją obsesję na punkcie tart także dlatego, że brakuje mi umiejętności i cierpliwości do kuchni francuskiej przez duże K. Ale tak długo jak moje obsesje pozwalają mi na zachowanie jakiegoś stopnia kreatywności, nie martwię się. A ten quiche z tuńczykiem, mimo znanej już dobrze podstawy z ciasta, naprawdę jest smakowym objawieniem, przynajmniej dla mnie.

niedziela, 19 września 2010

Tarta czekoladowa z konfiturą morelową, czyli o słodko-gorzkiej rzeczywistości



Przez ostatnie miesiące nie raz słyszałam od osób znających mnie osobiście, że ten blog pokazuje rzeczywistość w wersji bezwstydnie hedonistycznej i pogodnej. Niektórzy widzą w tym zaletę, gratulując beztroskiego życia, inni uznają, że przy moim trybie życia jest to wizja mocno odrealniona. Oczywiście, jak zwykle, prawda znajduje się pośrodku. 

Czas, który spędzam w kuchni, jest właściwie odrealnioną wersją codzienności. I tak, jest wtedy beztrosko i pogodnie. Chyba, że mówimy o pierwszych podejściach do ciasta na tartę, ale to inna historia. Do kuchni wchodzę z tysiącem różnych emocji. Ale właśnie w gotowaniu tak cudowny jest fakt, że emocje najbardziej negatywne w kuchni po prostu znikają, ponieważ od momentu wyjęcia mąki z szafki zmieniają się moje priorytety. Myślenie o pracy jest po prostu nieefektywne, kiedy podstawowym problemem staje się kwestia doboru odpowiednich proporcji śmietany do nowego  przepisu.

Rzeczywistość często zawodzi, w przeciwieństwie do czekolady. I nie widzę nic złego w tym, że można do niej uciec w gorszej chwili. Wierzę, że jedzenie jest dobre wtedy, kiedy jego przygotowaniu towarzyszą dobre emocje, więc nie pozwalam sobie na myślenie o czymkolwiek negatywnym w kuchni. Parę razy mi się to zdarzyło i serio, to były momenty spektakularnych wpadek kulinarnych. 

Na szczęście przy tej tarcie zasada pozytywnego podejścia w kuchni się sprawdziła. I niezależnie jak ciężki mógł być dzień, jedna rzecz się nie zmienia - gotowanie jest hołdem dla przyjemności. Jeśli kiedyś pomyślę inaczej, to będzie znak, że najwyższa pora dokładnie zbadać, skąd dowożą najlepsze jedzenie pod mój adres.

wtorek, 7 września 2010

The Książka, czyli co dalej, co dalej



Stało się. Książka powstała, a przede wszystkim - odbył się ślub. Nie daję sobie prawa do pisania o szczegółach wesela, więc ograniczę się do prostego podsumowania - było naprawdę wyjątkowo.. I "wyjątkowo" nie jest tu eleganckim eufemizmem do ukrycia jakiś negatywnych wrażeń. Nie zapomnę tego dnia i to nie tylko dlatego, że po raz pierwszy w życiu miałam na głowie irokeza.

A książka.. Nie powstałaby bez Izy. Kochana, dobrze wiesz, jak ogromny dług wdzięczności mam wobec Ciebie. 

Ale mimo to, że projekt się skończył, nie przestałam pomieszkiwać w kuchni. Właściwie to spędziłam tam ostatni weekend, zdając sobie sprawę, że Trufle stały się pewnym elementem rzeczywistości, który niezwykle lubię. Na pewno istnieją czynniki, które odsunęłyby mnie od wpisów tutaj, jednak na ten moment mogę sobie wyobrazić tylko załamanie nerwowe po kolejnej nieudanej sesji deserów z czekolady. Ale jestem wbrew pozorom bardzo cierpliwa, więc spoko.



Posted by Picasa