czwartek, 27 stycznia 2011

Galette z gorgonzolą, brokułami i boczkiem, czyli Francuzki nie tyją?


Przeczytałam Francuzki nie tyją. Pamiętam, jak parę lat temu mijałam tą książkę w Empiku uznając, że moje życie i tak jest zbyt skomplikowane, żeby jeszcze dołożyć do niego zazdrość, że jakaś oświecona kobieta znalazła patent na wieczną szczupłość w towarzystwie luksusowej czekolady i francuskich przysmaków z serem w roli głównej. No ale ten moment musiał nadejść: przeczytałam i doznałam oświecenia. Przynajmniej częściowego, czyli w zakresie jasno określonym przeze mnie.

Z wielkim entuzjazmem przyjęłam następujące zasady:
- czekolada tylko dobrej jakości - wczoraj po drodze z pracy wydałam minifortunę na pralinki Wedla i jestem szczęśliwsza. To samo zdrowie przecież.
- szampan zamiast taniego alkoholu - jeszcze jestem normalna, ale zamierzam tę zasadę podciągnąć pod dobre drinki.
- składniki jak najlepszej jakości - to, że przyjaźnię się z Piotrem i Pawłem już wszyscy dobrze wiemy.
- dużo wody - jak tylko kupię sobie ładną szklankę do pracy.
- zakaz przejadania się - nie ma ryzyka, przy powyższych decyzjach nie będzie mnie stać na większe porcje.

Opieram się za to:
- magicznej zupie z porów - serio, to jest jak oksymoron w tej książce.. Nie można zalać pora wrzątkiem i uwierzyć, że to jest dobre. To wbrew prawom fizyki. 
- spisywaniu posiłków - może i ma to trwać tylko trzy tygodnie, ale to o trzy tygodnie za długo. Dobiłabym się po jednym gorszym dniu w pracy i co dalej, co dalej?
- trzem posiłkom dziennie - nie wiedziałabym, co się wtedy robi z resztą dnia.

Jest to dość selektywne podejście do literatury dietetycznej, ale nie znam lepszego. Nikt nie zasługuje na dokładanie sobie magicznej zupy z porów do codziennych trudów życia. Żeby uczcić moją dietetyczną niekonsekwencję, postanowiłam przygotować danie, które będzie francuskie, ale nie za bardzo. Do tego takie, które będzie niemiłosiernie proste, ale jednocześnie efektowne. No i takie, które będzie lekkie, ale jednocześnie nieprzyzwoicie bogate w smak. Oto galette z brokułami, boczkiem i serem gorgonzola. Bo przecież Francuzki nie tyją.

niedziela, 16 stycznia 2011

Biscotti z migdałami i żurawiną, czyli włoski rozwiązywacz problemów


Szukając tła dla wieczornej degustacji cytrynówki mojego kuzyna Piotrka, znalazłam sposób na rozwiązanie trzech problemów za jednym przepisem. Problem pierwszy: po tegorocznej produkcji mincemeat w zamrażarce została jeszcze żurawina. Problem drugi: brakowało mi siły na zrobienie czegoś skomplikowanego. No i problem trzeci: po ostatniej wizycie w IKEI w kuchni stoi rząd pustych słoików jak jeden wielki wyrzut sumienia. Miałam zacząć robić w nich pyszne konfiturki i marynatki (do Ory: od kiedy spróbowałam Twojej papryki w miodzie nic nie było takie samo), ale ta perspektywa zaczęła się oddalać z każdym kolejnym weekendem..

Tym sposobem odkryłam biscotti. Włoski przysmak, który może stać przez długi czas w zamkniętym szczelnie pojemniku (czyt. słoiku, ha). Z dowolnymi bakaliami, niezwykle szybki i prosty w wykonaniu. To zabawne, że włoskie słowa zawsze dodają klasy każdej, nawet najprostszej potrawie. Ale ta klasa jednocześnie nie wiąże się z uczuciem onieśmielenia, jakiego nabywam czytając na przykład przepisy francuskie. To tak jakby Francuzi, nadając nazwy swoich potraw, chcieli powiedzieć "Patrz i podziwiaj, co my tu mamy. Głupio Ci, że nie wiesz o co w tym daniu chodzi? I dobrze. Delektuj się tym, zobacz jacy jesteśmy genialni i nawet nie próbuj nas doścignąć." Nie mam takiego wrażenia czytając przepisy włoskie. Sprowadzają się one dla mnie do jednej prostej prawdy: brzmi bosko. wygląda cudownie. jedz.

To oczywiście bardzo subiektywne uogólnienie. Dalej przecież mam obsesję na punkcie francuskich makaroników i czytam z namaszczeniem "Świnię w Prowansji". Ale koniec końców, i tak wracam do tej błogiej włoskiej prostoty.

niedziela, 9 stycznia 2011

Trufle z malibu, czyli o wiecznym braku satysfakcji


Chyba nikogo już nie zdziwi, że wolny dzień w tygodniu wykorzystałam na przygotowanie trufli. Po ostatniej serii trufli z likierem Baileys zaczęłam myśleć, że to jest Moja Ukochana Trufla. To nieskromne, jednak subiektywnie uznałam, że miała ona wszystko, czego od trufli oczekuję i dlatego wolałam na początku poświęcić dzień właśnie jej, a nie jakiejś skomplikowanej niewiadomej. Ale jak dobrze, że są przy mnie ludzie, którzy umieją przywołać mnie do porządku. Bo nigdy, przenigdy nie wolno uznawać, że osiągnęło się truflowy ideał.

Czy trufle z malibu są lepsze od wersji z Baileysem - nie wiem. Są pyszne, a biały krem prezentuje się cudnie na tle ciemnej czekolady. I były większym wyzwaniem logistycznym (nie ufajcie białej czekoladzie, naprawdę..). I właśnie o to czasami w kuchni chodzi. Lubię wyzwania, i to bardzo. Nawet ezoteryczny przewodnik, który dawali w dodatku do styczniowego Zwierciadła, powiedział mi, że jestem "Czarnym Bzem", który uwielbia stawiać sobie bardzo trudne do zrealizowania cele. Przewodnik poszedł do kosza, ale prawda jest taka - na dłuższą metę nie umiem zadowolić się prostszym rozwiązaniem czegokolwiek. I dlatego też wiem, że w ogólnym rozrachunku nie byłabym z siebie zadowolona, gdybym została przy moich ukochanych baileysowych truflach.

A swoją drogą, też je przygotowałam tego samego dnia, żebym na wszelki wypadek miała się czym pocieszyć, gdyby Projekt Malibu nie wypalił.

niedziela, 2 stycznia 2011

Pizza z fetą i suszonymi pomidorami, czyli jak zmieniałam zdanie


Nowy rok zaczynam od retrospekcji jednego z sąsiedzkich spotkań, z którego pochodzi także crème brûlée. Przygotowanie pizzy po raz pierwszy w życiu mogłabym w pewnym stopniu potraktować jako metafora moich przejść w 2010 roku. Przed wieloma z nich (i przed domową pizzą, oczywiście) broniłam się rękami i nogami. Nie wszystko wyszło tak, jak planowałam. Ale efekt końcowy był lepszy i bardziej wyjątkowy niż kiedykolwiek mogłabym sobie wyobrazić. Sprowadzanie podsumowania minionego roku do jedzenia może nie jest zbyt ambitne, ale przekaz jest prosty - nigdy nie mów nigdy.

Do niedawna broniłam świętości pizzy restauracyjnej. Uznawałam, że pizzy samodzielnie po prostu robić nie warto, bo nie osiągnie się nigdy zadowalającego poziomu przy jednoczesnym zachowaniu spokoju i energii. Ale człowiek uczy się przez całe życie. Do domowej pizzy poprowadziła mnie desperacja. Musiałyśmy z Karolą przygotować coś typowego dla kraju, z którego pochodzi kupione przez nas wino. To był wymóg tego spotkania i serio, nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciężko z moją kreatywnością. Walcząc z czasem, wygrała pizza, bo uznałyśmy, że psując to danie (przy jednoczesnym ogromnym ryzyku związanym z crème brûlée), najłatwiej będzie je uratować zamawiając jej odpowiednik w Pizza Hut.

No i stało się. Pokochałam domowe robienie pizzy. Za nieskończone możliwości w dobieraniu składników. Za jej prostotę. I za to, że mam przed sobą jeszcze dużo pracy w rozwijaniu mojej pozytywnej relacji z drożdżami. Nie ma to jak porządne wyzwanie na 2011.


niedziela, 19 grudnia 2010

Naleśniki z rodzynkami i sosem toffi, czyli o granicach przyzwoitości


Kiedyś wspominałam już o moim uwielbieniu do grzesznych, weekendowych śniadań, ale muszę przyznać, że przy tym przepisie przekroczyłam jakiekolwiek normy żywieniowej poprawności. Uprzedzam więc - to jest śniadaniowy, słodki, uzależniający hardcore.

Naleśniki są dość klasyczne, jeśli nie liczyć dodanych rodzynek. Są bardziej puszyste dzięki dodaniu ubitych białek w ostatniej chwili przed smażeniem, ale prawdziwa jazda zaczyna się przy kremie. Jest niebezpiecznie prosty w przygotowaniu (tak prosty, że można go przygotowywać do wszystkiego... ), a do tego całkowicie zmienia wymiar dość tradycyjnego dania. Jeśli jeszcze wyobrażę sobie, że na wierzch tych naleśników z sosem można położyć gałkę lodów, to już właściwie mogłabym zakończyć pisanie bloga uznając, że nic bardziej hedonistycznego nie wymyślę.


piątek, 17 grudnia 2010

Ciasto kakaowe ze świątecznymi bakaliami, czyli historie urodzinowe


Jestem koszmarnym obiektem do zaskakiwania. Wyciągania informacji o niespodziankach uczyłam się od lat, a do dziś pamiętam pierwszy chyba sukces, kiedy to dostałam kucyka Pony (różowy, z tęczą na tyłku) w niedzielę na obiedzie u dziadków, jakiś tydzień przed urodzinami. Piątymi lub szóstymi, lubiłam kucyki Pony w okresie moralnie poprawnym, tak do Waszej wiadomości.

Dlatego też te urodziny pozostaną niezapomniane przez długi, długi czas. Przy moim wątpliwym talencie do psucia niespodzianek, tym razem nie spodziewałam się niczego, co wydarzyło się tamtego dnia. Chyba nie umiem opisać, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim osobom, które tego dnia dały mi tak dużo radości. Mam nadzieję, że wtajemniczeni to po prostu wiedzą.

Wobec wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, ciasto urodzinowe przyniesione do pracy to bardzo niewielki dowód wdzięczności. Jest mi tym bardziej głupio, że wybierając je kierowałam się egoistycznym podejściem z kategorii "jakie składniki wrzucone do ciasta będą ładniej pachnieć w piekarniku". O tej porze można już bezkarnie używać wszystkich typowo świątecznych przypraw, przynajmniej w moim świecie, więc zaszalałam z suszonymi śliwkami, żurawiną, skórką pomarańczową i migdałami. To nie jest ciasto dla minimalistów. Ani abstynentów. Obfitość aromatów w tym cieście jest dla mnie dość nietypowa, bo zwykle ograniczam się do prostszych rozwiązań, jednak to, co mnie urzekło w tym przepisie to jeden prosty schemat - wrzucasz do garnka i czekasz. I mieszasz..


czwartek, 9 grudnia 2010

Pralinki bakaliowe, czyli o tym, jak trudno mieszkać koło sklepu z luksusowym jedzeniem


Kiedy kolejny raz pogrążam się finansowo w nowootwartym Piotrze i Pawle koło domu, zastanawiam się czasami, czy gotowanie nie jest kolejną manifestacją mojego talentu do komplikowania sobie życia. Po pierwsze - łatwiej było pilnować budżetu, kiedy pobyt w hipermarketach traktowałam jak survival.   Po drugie - przy takiej ilości gotowych, kuszących dań zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam ochoty zaopatrzyć się w zagraniczne sosy w bajeranckich torebeczkach, gotowe pasty do kanapek i pralinki wszelkiego rodzaju. I skończyć z sajgonem w kuchni, przyjmując pozę wylegującej się na kanapie mimozy, która podejmuje największy wysiłek ustawiając te pralinki na stylowym talerzyku.

To by było jednak za proste. Zwłaszcza, że kiedy zdarza mi się wrócić do domu z jakimś gotowcem, czuję się jak zdrajczyni wobec całej kolekcji książek kucharskich, dla których wyczyściłam regały tuż po skończeniu studiów. A żaden szanujący się iberysta nie wywozi na podkielecką wieś Historii Portugalii Antonio Henrique de Oliveira Marquesa pod byle pretekstem. 

Dlatego też obiecuję sobie, że jeśli mam jeść słodycze, to te własnego autorstwa - niezależnie od tego, w jak pięknych opakowaniach są te w sklepie za rogiem. Ale żeby trzymać się tego postanowienia, muszę szukać rozwiązań szybkich, łatwych i przyjemnych. Tak oto poznajcie jedno z największych oszustw tego bloga - pralinki bakaliowe.

To jeden z tych deserów, dla których kolejność działań trudno mi nazwać przepisem. Potrzebujecie czekolady i ulubionych bakalii - orzechów, żurawiny, rodzynek. I już. Topicie czekoladę w kąpieli wodnej i kiedy jest płynna, wrzucacie do niej bakalie. Po wymieszaniu, łyżką wyciągacie niewielkie porcje i umieszczacie do zastygnięcia na pergaminie. Możecie podkręcić smak odrobiną alkoholu lub ekstraktem - to naprawdę zależy od Was.

Bawcie się dobrze przy kombinowaniu, jakiego pretekstu potrzebujecie, żeby przygotować takie pralinki  jak najszybciej, serio.