niedziela, 10 października 2010

Tarta ze śliwkami, czyli zwierzenia meteopatki


Rozmawiając z przeróżnymi ludźmi, w przeróżnych okolicznościach, od dobrych kilku lat przypomina mi się zasłyszana gdzieśtam "złota myśl": należy uciekać od omawiania jakiegokolwiek aspektu pogodowego, tej swoistej "deski ratunkowej" wskazującej, że absolutnie nic ciekawszego nie mamy już do powiedzenia. To oczywiście nie przeszkadza mi omawiać pogody przy każdej możliwej okazji. Jak na prawdziwą Polkę-meteopatkę przystało.

No więc mamy jesień. I jest pięknie. Ale to, co przeżyłam, zamarzając co rano w tramwaju podczas godzinnych dojazdów do pracy, musi zostawić ślady w psychice. Dołączając do tego klasyczną deprechę po powrocie z Paryża, naprawdę trudno było mi zaakceptować to, co dzieje się na dworze. Słońce trochę pomaga, ale serio - kto wierzy, że to potrwa dłużej niż kolejne trzy dni? Mimo wszystko, w oswajaniu rzeczywistości specjalizuję się nie od dziś - kupiłam kapelusz i śliwki. 

Przepis pochodzi z francuskiego ELLE a Table. Postanowiłam posłusznie wykonać wszystko zgodnie z instrukcją i przekonałam się kolejny raz, że warto czasami być posłuszną - to jest prościutkie i szybkie ciasto, które nie musi pojawiać się tylko w swojej sezonowo-śliwkowej postaci. Ale szczerze polecam właśnie ze śliwkami, jeżeli poszukujecie uzasadnienia, po co nam w ogóle taka beznadziejna pora roku jak jesień.

wtorek, 28 września 2010

Quiche z tuńczykiem, czyli o desancie na Paryż



Podobno jak byłam mała, rodzice w celu zachęcenia mnie do chodzenia po górach obiecywali, że w schronisku na szczycie będą Snickersy. Nie pamiętam tego, ale nie mam jak się obronić przy ich radosnych powrotach do tej historii, bo jeśli to prawda, to niewiele się zmieniło. Różnica polega tylko na tym, że teraz nikt nie musi mi obiecywać Snickersa, ja go sobie sama zlokalizuję zanim wyjdę z domu, żeby się upewnić, czy w ogóle warto.

Jutro o tej porze będę w Paryżu. I serio, nie czułabym się nawet w połowie tak szczęśliwa gdyby nie fakt, że na stole leży notes z rozpisanymi adresami sklepów/targów/kawiarni, gdzie podają najlepsze makaroniki/croissanty/bagietki. W przewodniku zaznaczone są tylko kulinarne miejscówki. Nie mogę się doczekać odwiedzin w Le Bon Marche, gdzie jak mówi mój kuzyn Piotrek, chłodzą marchewki ciekłym azotem. A teraz, jeszcze w domu, celebruję Francję na swój sposób od paru dni, zaczynając dzień croissantami, a tutaj - publikując lekko francuski przepis.

Zanim zrobię podejście do makaroników, z kuchni francuskiej najbardziej lubię przygotowywać oczywiście quiche. Pozwalam sobie nadal na moją obsesję na punkcie tart także dlatego, że brakuje mi umiejętności i cierpliwości do kuchni francuskiej przez duże K. Ale tak długo jak moje obsesje pozwalają mi na zachowanie jakiegoś stopnia kreatywności, nie martwię się. A ten quiche z tuńczykiem, mimo znanej już dobrze podstawy z ciasta, naprawdę jest smakowym objawieniem, przynajmniej dla mnie.

niedziela, 19 września 2010

Tarta czekoladowa z konfiturą morelową, czyli o słodko-gorzkiej rzeczywistości



Przez ostatnie miesiące nie raz słyszałam od osób znających mnie osobiście, że ten blog pokazuje rzeczywistość w wersji bezwstydnie hedonistycznej i pogodnej. Niektórzy widzą w tym zaletę, gratulując beztroskiego życia, inni uznają, że przy moim trybie życia jest to wizja mocno odrealniona. Oczywiście, jak zwykle, prawda znajduje się pośrodku. 

Czas, który spędzam w kuchni, jest właściwie odrealnioną wersją codzienności. I tak, jest wtedy beztrosko i pogodnie. Chyba, że mówimy o pierwszych podejściach do ciasta na tartę, ale to inna historia. Do kuchni wchodzę z tysiącem różnych emocji. Ale właśnie w gotowaniu tak cudowny jest fakt, że emocje najbardziej negatywne w kuchni po prostu znikają, ponieważ od momentu wyjęcia mąki z szafki zmieniają się moje priorytety. Myślenie o pracy jest po prostu nieefektywne, kiedy podstawowym problemem staje się kwestia doboru odpowiednich proporcji śmietany do nowego  przepisu.

Rzeczywistość często zawodzi, w przeciwieństwie do czekolady. I nie widzę nic złego w tym, że można do niej uciec w gorszej chwili. Wierzę, że jedzenie jest dobre wtedy, kiedy jego przygotowaniu towarzyszą dobre emocje, więc nie pozwalam sobie na myślenie o czymkolwiek negatywnym w kuchni. Parę razy mi się to zdarzyło i serio, to były momenty spektakularnych wpadek kulinarnych. 

Na szczęście przy tej tarcie zasada pozytywnego podejścia w kuchni się sprawdziła. I niezależnie jak ciężki mógł być dzień, jedna rzecz się nie zmienia - gotowanie jest hołdem dla przyjemności. Jeśli kiedyś pomyślę inaczej, to będzie znak, że najwyższa pora dokładnie zbadać, skąd dowożą najlepsze jedzenie pod mój adres.

wtorek, 7 września 2010

The Książka, czyli co dalej, co dalej



Stało się. Książka powstała, a przede wszystkim - odbył się ślub. Nie daję sobie prawa do pisania o szczegółach wesela, więc ograniczę się do prostego podsumowania - było naprawdę wyjątkowo.. I "wyjątkowo" nie jest tu eleganckim eufemizmem do ukrycia jakiś negatywnych wrażeń. Nie zapomnę tego dnia i to nie tylko dlatego, że po raz pierwszy w życiu miałam na głowie irokeza.

A książka.. Nie powstałaby bez Izy. Kochana, dobrze wiesz, jak ogromny dług wdzięczności mam wobec Ciebie. 

Ale mimo to, że projekt się skończył, nie przestałam pomieszkiwać w kuchni. Właściwie to spędziłam tam ostatni weekend, zdając sobie sprawę, że Trufle stały się pewnym elementem rzeczywistości, który niezwykle lubię. Na pewno istnieją czynniki, które odsunęłyby mnie od wpisów tutaj, jednak na ten moment mogę sobie wyobrazić tylko załamanie nerwowe po kolejnej nieudanej sesji deserów z czekolady. Ale jestem wbrew pozorom bardzo cierpliwa, więc spoko.



Posted by Picasa

sobota, 14 sierpnia 2010

Mufiny z borówkami, ciastka i sisha, czyli wieczór panieński Kasi



Tryb poimprezowy ma swoje plusy - zatrzymuje w domu i usprawiedliwia brak jakiejkolwiek aktywności. A co to była za impreza.. Kasiowy wieczór panieński. Z udziałem fondue. Sushi. Przepysznie uzależniających, grzesznych drinków. Tortilli. Sajgonek z kurczakiem w miodowo-śliwkowej marynacie. Było kobieco, romantycznie i przezabawnie. Zwykle powiedziałabym, że dwa pierwsze elementy są całkowicie spoza mojej bajki, ale w tym wypadku chodziło o coś więcej. Kasia nie przestawała się uśmiechać i wyglądała na naprawdę szczęśliwą. To wystarczyło, żebym uznała ten wieczór za genialny, a kiedy dodamy do tego naprawdę mnóstwo śmiechu, shishę, dymne bańki mydlane i odjechane towarzystwo, to już nie muszę chyba szerzej opisywać wszystkiego, co tam się działo.

A trzymając się kontekstu tego bloga - z Inflanckiej miały przyjechać słodycze. Surprise surprise. W czwartek w nocy zostały upieczone ciastka, rano przed pracą - borówkowe mufiny. To był trudny i długi tydzień, kiedy myślałam, że nie będę w stanie przygotować nic prócz popcornu. I na tym etapie, choć rzadko umiem to przed sobą przyznać, potrzebowałam wsparcia. Szacun tutaj dla Karoli, która w takich momentach włącza tryb nadaktywności i wyciąga mnie z dołka. Lub dosłownie - z kanapy. I tak oto dzięki niej mogę Wam przedstawić przepis na Borówkowe Mufiny. Które, razem z czekoladowymi ciastkami, wiele widziały ostatniej piątkowej nocy zanim zostały zjedzone.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Krewetki z fetą i pomidorami, czyli gdzie jest granica rozsądku



Krewetkowych historii ciąg dalszy. Wyznaczanie sobie granic nie jest moją mocną stroną, co udowadniają nie tylko bardziej dramatyczne zakręty życiowe, ale także spis przygotowywanych dań. Jak już okazuje się, że krewetki są super, to po co zatrzymywać się na jednym opakowaniu. Jeśli już piec mufiny, to dlaczego musi to być tylko jedna blacha. A jeśli decyduję się kupić orzeszki piniowe, to po co zatrzymywać się na ilości, która nie zrujnuje mojego budżetu. Ten ostatni przypadek to jedna z bardziej kompromitujących historii ostatnich lat, więc pozwolę sobie ograniczyć ją tylko do prostego, zbiorczego wniosku: nie znam granic. 

Dlatego też obecnie dzielnie wykorzystuję pokłady krewetek, co sprawia mi oczywiście ogromną przyjemność. Idziemy w kierunku równie prostym, jednak tym razem z wykorzystaniem piekarnika. Przepis pochodzi z Kuchni, z sekcji "5 składników", co w porównaniu z resztą magazynu powinno się chyba rozumieć jako sekcję "5, bo nie ogarniesz nic więcej na tym etapie". Ale po pierwsze: nauczyłam się celebrować mój brak fachu, a po drugie: kto by się martwił brakiem wyrafinowania w przepisie, kiedy w tak banalny sposób można się po prostu uszczęśliwić. 

niedziela, 1 sierpnia 2010

Smażone krewetki z makaronem soba, czyli o zmiennych przekonaniach


Nie lubiłam krewetek. Właściwie zawsze patrząc na przepisy z ich udziałem, wizualizowałam najpierw ich czarne oczka, a potem ogonki. Jestem świadoma niekonsekwencji w takim stwierdzeniu, skoro daleko mi do wegetarianizmu. Ale na swoją obronę mam fakt, że nigdy nie widziałam zamrożonej całej krowy, a krewetkę owszem. I to w różnych konfiguracjach.

Ale wystarczy jeden bezstresowy wyjazd nam morze, regularne picie dobrego wina i jakoś problem oczu krewetek przestaje być tak poważny. 

Poszerzanie krewetkowych horyzontów nie jest jednak tak łatwe, jak się spodziewałam. Nagle te dziesiątki przepisów, które widziałam gdzieśtam kiedyśtam są nie do odnalezienia, a rodzajów krewetek jest więcej niż mogłabym kiedykolwiek przypuszczać. Ale nikt nie zamierza się przecież zniechęcać.

Dlatego też przedstawiam Wam przepis krewetkowy nr1. Opcja najprostsza, bo od krewetek wymagała tylko usmażenia się w oliwie z czosnkiem, ale podkręcona makaronem soba (Kerfur, dział Kuchnie Świata) w sezamowej marynacie. Bardzo lekkie, bardzo zdrowe, bardzo smaczne.