sobota, 18 lutego 2012
Muffin jogurtowy z pomarańczą i migdałami, czyli o muffinowej kreatywności
Dobry muffin nie jest zły, zwłaszcza kiedy jest niezwykle udanym Muffinem Eksperymentalnym. Po prostu - nie było w domu odpowiednich składników, a na dworze zima. Skończyło się na zamianie proporcji, składników i lekkich nerwach przy pierwszym teście smaku. W efekcie - kolejny dzień, kolejny sukces ;)
W tej sytuacji padło więc pytanie - czy muffin jest takim deserem, który wyjdzie zawsze? Mam wrażenie, że do tej pory wybaczał mi wszystko prócz braku mąki (zapomniałam o niej za pierwszym razem) - chyba tylko raz w życiu zrobiłam jego książkową wersję, a następne próby były mniej lub bardziej kreatywną wariacją w tym temacie. Chyba jest rzeczywiście tak, że wystarczą bazowe założenia w stylu "pamiętaj o mące i tłuszczu" i jakoś to leci.
Żeby jednak zostawić trochę magii w moich ukochanych Muffinach uznajmy, że odwzajemniają one po prostu moją miłość za każdym razem, niezależnie od grzechów, jakie wobec nich popełniam.
A tak w ogóle, to już można śmiało wyrzucić jedno "f" z Muffina?
wtorek, 31 stycznia 2012
Cytrynowa tarto-beza, czyli ciasto Tytusa
Żeby wyjaśnić, dlaczego Tytus dostaje cytrynową tarto-bezę, zrobię króciutkie streszczenie genezy tego bloga. Nasi Przyjaciele się zaręczyli. W prezencie ślubnym dostali książkę kucharską, która powstała właśnie na bazie tego bloga. A teraz urodził się ich synek. Poznajcie więc Tytusa - szczęściarza, który ma wyjątkowych, cudownych Rodziców i wspaniałego pieska z gatunku najmądrzejszych na świecie. I królika z wąsami, którego dostał ode mnie w prezencie i mam nadzieję, że kiedy minie ryzyko zjedzenia pluszu, stanie się jedną z ukochanych maskotek.
Polowałyśmy trochę na przepis i skończyło się na miksie wszystkiego, co lubimy najbardziej. Struktura ciasta i historia składników kryje wielowątkowość, intertekstualność, głębię naszej przyjaźni i w ogóle, jednak powstrzymam się od analizy - lubię dokładać filozofię do jedzenia (właściwie to chyba podstawa istnienia tego bloga, jakby na to nie patrzeć), jednak znam litość. Nie każdy musi dopatrywać się magii w wykorzystaniu bezy. Chociaż gorąco namawiam i pewnie Tytus usłyszy historię tarto-bezy w formie bajki na dobranoc pewnego dnia ;)
niedziela, 29 stycznia 2012
Owsianka z migdałąmi i żurawiną, czyli coś na dobry początek
Prosta sprawa - jedzenie jogurtu naturalnego na śniadanie kiedyś musi się znudzić, po prostu musi. Podejmowałam próby urozmaicenia wiecznego zestawu o bakalie, konfiturkę z mirabelek, lansiarskie muesli. Myślałam nawet o zakupie nowych miseczek, żeby wpędzić mózg w myślenie, że jogurt nie smakuje tak samo podany w kolorowej zastawie. Na szczęście nie dał się wrobić.
W ostatnim akcie desperacji kupiłam worek płatków owsianych. I nastały lepsze czasy. To cudownie prosta sprawa, która pozwala na dużą kreatywność - teraz jestem w fazie żurawiny, migdałów i bananów, ale któż wie, co przyniesie jutro.
Jeśli macie jakieś własne, proste patenty na urozmaicone sycące śniadanie (mam jeden tylko wymóg - na słodko!), docenię każdą, nawet najdrobniejszą radę. A tymczasem, chwalę się moim odkryciem:
Składniki na 1 porcję:
1/2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych
1 szklanka mleka
szczypta soli
2 łyżki suszonej żurawiny
1 łyżka migdałów
syrop klonowy lub miód
1. W rondelku zalej płatki mlekiem i podgrzewaj na średnim ogniu przez ok 5 minut - aż do utrzymania pożądanej konsystencji.
2. Przelej do miseczki i dodaj ulubione bakalie i gotowe.
Smacznego!
sobota, 24 grudnia 2011
Malowanie piernikowej wiewiórki, czyli w poszukiwaniu świątecznego klimatu
Ostatnie dwa dni spędziłam w domu u Rodziców, uciekając trochę przed zgiełkiem i chaosem ostatnich świątecznych przygotowań. Skupiając się na ozdabianiu pierników, czytaniu nieprzyzwoitej ilości magazynów i dwóch książek na zmianę, mogę szczerze przyznać, że mocno pracuję nad przywróceniem mojego wyobrażenia dawnej świątecznej atmosfery.
"Nie czuję świątecznego klimatu" stało się świątecznym szlagierem, który sama niestety też odśpiewywałam od kilku dni dość często.. I rzeczywiście, to zdanie jest ostatnio bliższe rzeczywistości niż chociażby "Chodźmy wszyscy do stajenki".
Dlatego też uciekam i skupiam się na piernikowych wiewiórkach. Za bardzo zależy mi na tym, żeby zostawić w sobie wiarę, że Święta naprawdę mogą być jeszcze czymś, na co się czeka. Nawet jeżeli nie czekam już aż tak niecierpliwie i nawet jeśli nie ubieram choinki miesiąc wcześniej, i tak fakt, że teraz naprawdę uśmiecham się na myśl o dzisiejszym wieczorze, jest ważny.
I tak - życzę Wam uśmiechu na myśl o tych Świętach - są tego warte.
Etykiety:
Święta,
z innej beczki
niedziela, 20 listopada 2011
Sałatka z ciecierzycą i fetą na chlebkach pita, czyli saga o zdrowej diecie, vol.786
Moje regularne relacje z kolejnego podejścia do Poważnego Traktowania Siłowni mogą już nudzić moich najbliższych, jednak nie zmienia to niestety faktu, że dość dużo czasu zajmuje mi ostatnio powracanie do dobrej formy i knucie na jego temat.
Jednocześnie z wielką przyjemnością za wszelkie trudności w utrzymaniu postanowień winię tych, którzy inaugurują wypady do restauracji, dostarczają mi do biurka batoniki Milky Way czy proponują zakup chrupiącej bagietki w drodze powrotnej z siłowni. I piszę to bez cienia sarkazmu - nie potrafię być szczęśliwa bez któregokolwiek z tych elementów, bo przede wszystkim wiążą się one z ludźmi, którzy mnie otaczają i którzy stanowią bazę dla mojej codzienności. A że wszyscy kochamy jedzenie, no cóż. Jesteśmy po prostu świetnie dopasowani i to powinien być zawsze powód do radości, a nie frustracji.
Dlatego też nie zamierzam karać się za okazjonalną bagietkę czy batonika, a jedynie zapewnić sobie zdrowsze "rozgrzeszacze", jak ta sałatka z ciecierzycy z ukochaną fetą. Bezkompromisowo zdrowa i sycąca. Dla każdego poszukiwacza smacznych, zdrowych dań - totalny must have, jak to mówią na mieście.
niedziela, 6 listopada 2011
Batoniki z kruchego ciasta z cytrynowym kremem, czyli nowicjusz kontra gwiazdy mojej kuchni
Niestety, w kwestii jedzenia zdarza mi się wpadać w rutynę, nawet mimo uwielbienia do eksperymentów w kuchni. Tym sposobem często, zamiast uczyć się nowych rzeczy, mam swój awaryjny zestaw dań, które zawsze z radością spełnią przeznaczone im funkcje. Moja lista gwiazd wygląda mniej więcej tak:
- ukochany obiad: makaron prowansalski
- jestem zen i jem zdrowe owoce: ... to z kremem mascarpone
- jest weekend: pizza
- chcę zaszpanować: beza
- zasłużyłam na nagrodę/ zasłużyłam na pocieszenie/ nie zasłużyłam na nic ale należy mi się coś miłego: brownieDo tego dochodzi jeszcze niepublikowane smażone haloumi z rukolą i sosem jogurtowym, klasyczne pomidory z mozarellą i kremem balsamicznym i właściwie mogłabym osiąść w tej mojej rzeczywistości... Dopóki najbliżsi (i nowe książki kucharskie, które wyrastają na półkach sklepowych jak grzyby po deszczu - też to zauważacie???) nie sprowadzają mnie do pionu przypominając mi, że nie ma nic przyjemniejszego niż testowanie na nich nowych przepisów.
I tak, żeby przegonić ślady rutyny, ruszyłam w kierunku eksperymentów z kremem cytrynowym. Nie wiem, czy w formie stałej mam prawo nazywać go lemon curd, ale zasada jego powstawania przy tym przepisie jest bliska tej klasycznej półpłynnej wersji, którą tak uwielbiam wyjadać ze słoika.
Polecam też eksperymentowanie z ciastem, które posłużyło za bazę tych batoników - proste w przygotowaniu, możecie na nie nałożyć chociażby Nutellę i jestem pewna, że sprawdzi się równie dobrze.
Etykiety:
ciastka,
ciasto kruche,
cytryny,
desery,
przekąski
niedziela, 30 października 2011
Opowieści ze Świata Muffinów, czyli co zjadłam w USA
Cudownym elementem mojej pracy jest to, że między pisaniem maila a robieniem kawy można usłyszeć "A może poleciałabyś do Seattle". Pojawiają się tu dwa czynniki sprawcze: pierwszy to mój zawód, bo co tu ukrywać, zdarza nam się pracować w tej branży z dużym polotem. Drugi, o wiele ważniejszy, to ludzie, od których mogę coś takiego usłyszeć i ci, którzy potem dokładają wszelkich starań, żebym moją podróż odbyła w niewyobrażalnie przyjemnych warunkach. Sami zainteresowani wiedzą dobrze, o co chodzi, ale ja czułabym się nieuczciwie nie wspominając także tutaj, jak bardzo jestem im wdzięczna za taką szansę.
A teraz przejdźmy do rzeczy. Odwiedziłam dwa miasta - Seattle i Nowy Jork - odległe o siebie o tysiące kilometrów w ujęciu geograficznym i metaforycznym. To pierwsze urzekło mnie jedną ze swoich atrakcji, dumnie opisywaną w przewodnikach: panowie na targu przy Pike Street rzucają do siebie rybami. Nawet dużymi łososiami.
Z czego jeszcze słynie Seattle, gdyby fish-throwing fishermen niewystarczająco Was przekonywali do podróży? Pierwszy na świecie Starbucks. Sklep z lat dwudziestych pełen wzruszonych Azjatów opuściłam dość szybko, za to spędziłam cudowną godzinę w pierwszej kawiarni Sbuxa otwartej bodajże w latach 70-tych. Duży drewniany stół i mieszkanka kawy dedykowana specjalnie temu miejscu. Uroczo, ale nie na tyle, żebym po dwóch godzinach nie zdradziła Sbuxa z kawiarnią naprzeciwko, wskazaną mi przez jednego z mieszkańców jako "totally the best coffee you'll ever drink". Miał drań rację, tak myślałam przez kilka dni - teraz podałabym mu namiar na Roasting Plant przy Orchard Street w Nowym Jorku, żeby porównał, bo ja nie umiem się zdecydować. W obu miejscach podają świeżo mieloną i paloną kawę, której nie da się porównać z niczym innym, ale o tym później.
W każdym razie, opuściłam Seattle zakochana w nie-Starbucksowej kawie, urzeczona metropolią, która w amerykańskim ujęciu wcale metropolią nie jest i jej klimatem, który w jakiś niewytłumaczalny sposób odebrałam jako spokojny i przytulny. Mimo takiego układu centrum:
Dlaczego Seattle jest niewielkim miastem, zrozumiałam wjeżdżając na Manhattan. Overwhelming było jednym z głównych słów, jakich używałam opisując miasto mieszkańcom, którzy chcieli wiedzieć, jak odbieram ich dom. Ale o tym przytłoczeniu mówiłam z zachwytem dziewczyny, która stoi na rzeczywistych rozmiarów planie zdjęciowym jej ukochanych filmów (i Seksu w Wielkim Mieście, powiedzmy sobie szczerze). W NY po raz pierwszy jedzenie stało się dla mnie rzeczą jednak drugorzędną. Wobec takich widoków i atmosfery miasta, nie byłam w stanie skupić się na polowaniu na wszystkie zaznaczone knajpki i sklepy. I nie żałuję. Pokochałam za to kilka miejsc miłością tak wielką, że traktuję je już jak moje prywatne, lokalne knajpy, w których widziałabym siebie jako stałego bywalca zamawiającego "to co zawsze" do uśmiechniętej obsługi znającej imię moje i mojego psa. Bo zamierzam do NY wrócić z moim jeszcze nieistniejącym psem, żeby mu pokazać Central Park, ale to już inna historia.
Jedna z takich knajp to Nussbaum & Wu, punkt śniadaniowy, w którym poznałam smak prawdziwego bajgla i Króla Muffinów. Pierwszego dnia zaczęłam tam dzień właśnie od muffina (wielkości dwóch Polskich Klasycznych), który wystarczył mi do późnego popołudnia. Czwartego dnia zjadłam muffina, jogurt z muesli, smoothie z czarnych owoców i kawę, co wystarczyło mi już do południa tylko. Mój potencjalny pobyt w NY wymagałby, oprócz psa, obecności trenera personalnego.
Ten prosiaczkowy róż to truskawkowy twarożek. Bardzo dobry.
Inne miejsca mogę opisać w pakiecie podpisanym: Soho. Ta hipsterska mekka jest w stanie zapewnić mi wyżywienie na poziomie moich najbardziej hedonistycznych marzeń: ciastka z Little Cupcake Bakeshop, zakupy w Dean & Deluca i kawa w wyżej wspomnianej Roasting Plant. Nie skarżę się też na wszechobecne sklepy z wyjątkowymi ciuchami i takimi gadżetami.
Zaczęłam rozumieć, czemu niektórzy nowojorczycy mają poczucie, że wyjazd z Manhattanu jest czynnością zbędną. Żyjąc tam można odnieść wrażenie, że ta wyspa to kilkadziesiąt mikroświatów (mikro w skali amerykańskiej oczywiście), które nie mają zbyt wielkiej ochoty się uzupełniać, a jedynie przechwalać jeden przed drugim tym, co wspaniałego mają do zaoferowania. Kiedy już znajdziesz swoje miejsce, będzie się ono Tobie odwdzięczać zapewniając Cię, że to czego szukasz, jest właśnie tutaj. A jeśli jakimś cudem to się nie uda, to możesz mieć pewność, że wystarczy spacer kilka przecznic dalej.
Nie zostałam kompletnie zamerykanizowana, czytam teraz Sweet Life in Paris Lebovitza, czując powracającą tęsknotę za bagietką z truflowym brie i jednocześnie za pomidorową mojej Babci. Mimo to przeglądam kolejny raz zdjęcia i wiem, że naprawdę chcę wrócić do Nowego Jorku i poczuć ten przedziwny stan przytłoczenia miastem, które sprawia wrażenie, jakby starało spełniać wszystkie moje marzenia. Nawet jeśli dobrze wiem, że jest to tylko American Dream, nie rzeczywistość.
Etykiety:
podróże,
z innej beczki
Subskrybuj:
Posty (Atom)
